Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 255 106 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

O obietnicach

środa, 18 stycznia 2012 22:24

Początek nowego roku to tradycyjnie pora, kiedy skacowany naród wytrząsa sobie resztki konfetti z głowy i po odebraniu życzeń z odbiorników telewizyjnych rejestruje, iż od tego pory nie warto chorować ani też być ubogim. Warto natomiast płacić abonament, bo narażamy się na oburzenie obcokrajowców, którzy przecież również chcieli by być rozpieszczani repertuarem podobnym do naszego. Ja natomiast usiadłem przy stole, wyjrzałem przez okno, skląłem w myślach Neda Starka od łgarzy i wziąłem kartkę papieru, by zacząć snuć plany. Snułem je przez prawie trzy tygodnie, aż wreszcie przyszła zima, świat wrócił do normy i jestem gotów ujawnić wszystko to, czym Was w tym roku uraczę.

O „Miasteczku Nonstead” pisałem już tak często, że boję się wspomnieć choć słowem, by mnie nie uznano za nudziarza. Po cichu więc zdradzę, że mój pierwszy horror zjawi się na półkach księgarń już pod koniec stycznia. To dość jesienna książka i przez chwilę miałem nadzieję, że być może ukaże się w listopadzie ubiegłego roku, ale nie ma co żałować, bo aura tegoroczna będzie sprzyjać lekturze, co do tego nie mam wątpliwości. Czekam z niecierpliwością, a wątpiącym pragnę podsunąć recenzje przedpremierowe:

http://zabookowany.blogspot.com/2012/01/miasteczko-nonstead-marcin-mortka.html

http://valkiria.net/index.php?type=review&area=1&p=articles&id=15850

Nieco później można się spodziewać pierwszego tomu „Ragnaroku 1940”, mojej pierwszej powieści z gatunku rzeczywistości alternatywnej, w którym to Europa podzielona jest na chrześcijańskie Południe i pogańską, normańską Północ, a światu grozi inwazja współczesnych wikingów, uzbrojonych po zęby i nie znających litości. Wiążę z tą książką spore nadzieje, tym bardziej, że zmieniła się okładka, tym razem agresywna, brutalna i genialna w swej prostocie.

Wczoraj wieczorem skrzynka odbiorcza wypluła zredagowaną „Drugą Burzę”. Przez najbliższych kilka dni czeka mnie więc przebijanie się przez drugą część przygód Madsa i spółki, co może okazać się bardzo przyjemnie. Mam wrażenie, że pisałem tę powieść jak szalony, zupełnie jakbym pogrążył się w pisarskim amoku, a kilka dni po skończeniu pracy już wylądowała w wydawnictwie. Nie nabrałem w związku z tym należytego dystansu – ba! mam wrażenie, że nie pamiętam niektórych rozwiązań. Nadszedł więc czas, by nieco tę historię ociosać, coś niecoś dodać, coś niecoś wyrzucić i raz jeszcze odetchnąć jej nastrojem. Bo bardzo lubię tę powieść.

To tyle, jeśli chodzi o rzeczy już jasne i wiadome. Pora więc na niespodzianki, a tych jest aż trzy…

Otóż trzymam w tajemnicy to, iż od dłuższego czasu przymierzam się do zebrania opowiadań do mojej pierwszej własnej antologii. Na pewnym etapie była ona właściwie gotowa, lecz szefostwo zadecydowało, iż należałoby z niej usunąć „1410” ze względu na natłok absurdów, możliwy do strawienia dopiero po podzieleniu opowiadania na kawałki. Pozostała więc luka, którą od roku usiłowałem wypełnić najróżniejszymi pomysłami, aż z zaskoczeniem uświadomiłem sobie, że praca dobiegła końca. Z jeszcze większym zaskoczeniem skwitowałem fakt, iż uzyskałem coś na kształt „The Best of”. Otóż mam tam zarówno opowiadanie wikińskie jak i krucjatowe (nota bene mój ukłon w stronę fanów „Miecza i kwiatów”…), jest magiczna historia osadzona w realiach drugiej wojny światowej, jest opowiadanie karaibskie, powiązanie postaciami głównych bohaterów z „Karaibską Krucjatą”, jest moje pierwsze opowiadanie postapokaliptyczne, jest opowiadanie hobbickie, a nawet opowiadanie szkolne, te ostatnie dwa napisane tylko i wyłącznie dla śmiechu. Mam więc nadzieję, że trafię tą antologią do serc ludzi, który lubią wyznawanie przeze mnie klimaty, bo też klimat i nastrój to znak rozpoznawczy tego tomu.

Tytułu jeszcze nie wymyśliłem, ale niewykluczone, iż będzie to „Czas bohaterów” lub „Wieczór przed egzekucją”. Ten ostatni tytuł jest zarazem tytułem opowiadania dla mnie szczególnego, ostatniego w tomie i będącego prequelem do mojej najnowszej powieści, noszącej roboczy tytuł „Listy lorda Bathursta”.

Winę za tę książkę ponosi jeden z szefów Fabryki Słów, Robert Łakuta, który zagadnął mnie kiedyś słowami: „Ty, a może byś coś w stylu O’Briana wykombinował?”. Wytrzeszczyłem szeroko oczy, bo nigdy by mi do głowy nie przyszło, by wedrzeć się na pole zdominowane przez mego Mistrza, ale wyzwanie przyjąłem. Najpierw długo myślałem nad konwencją, wydarzeniami i postaciami, co było dość frustrujące – jestem bowiem tak zżyty z postaciami Jacka i Stephena, że bardzo łatwo byłoby mi popełnić nieświadomy plagiat. Musiałem więc wymyślić bohatera, który będzie ich całkowitym przeciwieństwem i tak oto powstał kapitan Peter Doggs, złośliwy, wredny sukinsyn, który zna się na ludzkich charakterach lepiej od Diabła, a mimo to robi sobie dziesięciu wrogów na jednego przyjaciela, człowiek nieprzejednany i nieustępliwy zarówno w miłości jak i nienawiści, znakomity żeglarz, niezniszczalny wojownik i  bezczelny ryzykant. I mój nowy idol.

Zbyt wielu szczegółów zdradzić nie mogę, ale nadmienię, iż wydarzenia rozgrywają się na przełomie roku 1800 na okręcie wojennym zmierzającym do Holenderskich Indii Wschodnich. Treść zaś – mam nadzieję – okaże się intrygująca zarówno dla fanów bitew morskich jak i intryg szpiegowsko-kryminalnych. Niebawem zamieszczę na blogu jakiś fragment. Niedługo też zapewne ją skończę – do pracy usiadłem gdzieś na początku grudnia, a teraz, w połowie stycznia, mam około 350 tysięcy znaków. Nie wiem – autentycznie nie wiem – kiedy to wszystko napisałem. Nie pamiętam książki, którą pisałbym z podobnym ogniem.

Na deser – „Tappi z Szepczącego Lasu”. Z radością piszę te słowa, bo spełniło się jedno z największych marzeń mojego życia. Antologia bajek, które napisałem kiedyś dla Następcy Tronu, trafiły pod troskliwą opiekę Pani Agnieszki z wydawnictwa Zielona Sowa i w tej chwili oczekujemy na oficjalnie zatwierdzoną okładkę. Książka ma wyjść dopiero na wiosnę, a ja już urosłem o kilka centymetrów.

Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie. Do następnego wpisu!

P.S. Ten zaś dedykuję PKP, która na widok śniegu na wszelki wypadek opóźniła pociąg o prawie godzinę. Zastanawiam się, czy gdyby nie spóźnienia na kolei, napisałbym choć połowę tego, co napisałem… J


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

O wspomnieniach i wyczekiwaniu

niedziela, 27 listopada 2011 12:06

Ktoś kiedyś powiedział, że listopad to pora niebezpieczna dla Polaków i chyba coś w tym jest. Podczas obchodów Dnia Niepodległości biją nas Niemcy, za wynikiem wyborów zapewne stoją masoni, expose premierowi podszepnął Diaboł , a kraj od środka rozbierają ZUS do spółki z PKP. Jak jeszcze dorzucimy do tego zgon dwóch symboli narodowych na miarę naszych czasów – H. Mostowiak i k. Alika – rzeczywiście wypada się z głowę złapać i w pośpiechu dopracować jakąś teorię spiskową, by nie odstawać od reszty społeczeństwa. Swego czasu postulowałem na facebooku, by w jakiś sposób opatentować teorię spiskową dziejów jako polskie bogactwo narodowe, ale mój apel pozostał niestety bez odzewu.

Pewnie na skutek tej czy innej teorii.

Ja jednakże chciałem skorzystać z okazji i podziękować Diabołowi za kilka cennych sugestii, albowiem okazało się bowiem, że nie będziemy zalepiać dziury budżetowej krwawicą autorów. Czyli jest sens nadal pisać w kraju nad Wisłą. Zobaczymy jak długo.

Póki co chcę się zachwycać jesienią, póki jeszcze trwa, bo w telewizorze widziałem już wielką czerwoną ciężarówkę Coca Coli. Wszyscy wiedzą, co to oznacza.

Jesienne mgły przynoszą zazwyczaj powody do wspomnień. Pierwsza fala naszła mnie, gdy otworzyłem ostatni tegoroczny numer Science Fiction i ujrzałem drugą część mojego opowiadania „1410 czyli kilka słów prawdy o Grunwaldzie”. Niespodziewanie uzmysłowiłem sobie bowiem, że to mój najstarszy tekst, napisany jeszcze bodaj w klasie maturalnej na łomoczącej maszynie do pisania. Byłem wówczas pod ogromnym wpływem słuchowisk radiowych Waligórskiego, parodiujących trylogię Sienkiewicza i na pewnym etapie stwierdziłem, że ja też tak chcę. I zacząłem wypisywać własne dyrdymały.

Zabawa była przednia, zwłaszcza, gdy słuchałem rechotu zaczytanych kumpli z sąsiednich ławek. Później, gdy zmądrzałem i uzmysłowiłem sobie, iż dobrze byłoby coś z tym tekstem zrobić, pojawił się pewien problem. Otóż tekst był za długi na opowiadanie i za krótki na książkę. Wielokrotnie był przerabiany, skracany i uaktualniany, wisiał przez moment na portalach Fahrenheit i Poltergeist, trafił nawet w ręce nierzetelnego wydawcy, który najpierw zarzekał się, iż będzie sprzedawał opowiadanie podczas rekonstrukcji słynnych bitew, a potem zniknął wraz z kilkoma stosami nieudolnie wydrukowanych broszur i setką niespełnionych obietnic . Cieszę się więc, że opowiadanie to wreszcie trafiło w ręce Rafała Dębskiego, którego pozdrawiam bardzo, serdecznie. Po latach tułaczki i hibernacji „1410” wreszcie ujrzał światło dzienne w takiej formie, jaką sobie wymarzyłem.

 W międzyczasie wróciło w moje ręce „Miasteczko Nonstead”, pochlastane, pomięte i zmasakrowane przez redaktorkę. Przyznaję, że Małgosia Koczańska to pierwsza poznana przeze mnie redaktorka, która jest w stanie odebrać mi wiarę w siebie jako pisarza. Niektóre fragmenty wyglądały, jakby przeszła przez nie burza, ale przełknąłem pigułkę - jestem bardzo grzecznym pisarzem, zawsze pokornie słucham redaktorów i wierzę ich skuteczność - i wszystko wspólnie posklejaliśmy. 

I niniejszym przestaję już w tę książkę wątpić.

Przeczytałem ją bowiem na tą okoliczność bardzo, bardzo uważnie i doszedłem do wniosku, że się udało. Wepchnąłem w tą powieść dokładnie to, co chciałem. Jej klimat, postacie, wydarzenia i scenografia idealnie zbiegają się z moimi założeniami. Jasny gwint, udało się. Uff…

Nawiasem mówiąc, jest już okładka. Też idealna…

Z prawdziwym utęsknieniem czekam więc na styczeń, kiedy „Miasteczko Nonstead” wreszcie ujrzy światło dzienne.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

O jesieni i rzeczach okołojesiennych

sobota, 05 listopada 2011 16:05

Jest takie miejsce na świecie, gdzie czas płynie inaczej.

Nie dociera tam zasięg telefonii komórkowej, jedyny dostępny kanał w telewizji śnieży tak bardzo, że ledwie da się odróżnić Mana od Materny, a GPS-y stają się technologicznym dowcipem. To wszechświat rządzony przez całkowicie inne moce. To dzika, niekończąca się puszcza, pocięta rzeczkami, poznaczona bagnami i jeziorami, w chwili obecnej całkowicie owładnięta obsesją strojenia się w jesienne barwy. To miejsce, gdzie nieodmiennie zapominam o poniedziałkowo-piątkowej gonitwie i na krótką, acz bezcenną chwilę, wraz z całą rodziną dostrajam się do przyrody.

Nie, nie zdradzę, gdzie to miejsce jest. Nie wolno mi. Zdradzę natomiast, że tam właśnie napisałem ostatnie zdania „Drugiej Burzy”.

Trudno mi pozbierać myśli. Kontynuacja dziejów Madsa Voortena wyrwała mi prawie trzy miesiące życia. Łatwo rzec, że to w sumie niewiele, ale przyznam, iż był to intensywny okres. Tłukłem w klawisze dosłownie w każdej wolnej chwili – w pociągach, w przerwach między zajęciami, późno w nocy i wcześnie rano, zdarzyło mi się nawet wyrzeźbić kilka zdań w poczekalni NFZ-u i na kozetce w salonie T-Mobile. Gdy zamykałem komputer, bohaterowie nie cichli ani na chwilę. Darli się, bili, przeklinali, wrzeszczeli w mojej głowie, skutecznie rujnując magię nocnych spacerów z dworca do domu. Czuję się nieco zmęczony, ale nie na tyle, by o „Burzy” nie myśleć. Myślę i z wolna nabieram przekonania, że chyba się udało. Mam nadzieję, ogromną, nieprawdopodobnie wielką nadzieję, że po przeczytaniu ostatnich paru zdań pokręcisz z oszołomieniem głową i powiesz: „O jasna cholera”.

Mogę obiecać jeszcze parę rzeczy - bitwy, przy których starcia w „Mieczu I Kwiatach” to bijatyka na poduchy, kilka nowych smoków, serię przemian bohaterów i zimną, ponurą jesień. Tego, czy będzie kontynuacja, zdradzić nie mogę. Nie wypada : )

Pora więc na chwilkę wytchnienia, niedługą, bo w planach mam kolejną powieść. Na razie nie chcę się na jej temat wypowiadać, szepnę tylko, że chcę się w niej pokłonić jednemu z moich największych mistrzów literackich.  Jeśli wszystko dobrze się ułoży, będę kończył tą powieść na wiosnę, a w międzyczasie na półki księgarniane wypełznie kilka mortkowości. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, zimą pojawi się „Miasteczko Nonstead”, mój pierwszy horror, a po nim drugie wydanie „Ragnaroku 1940”, którego okładka przysłowiowo rozłożyła mnie na łopatki. Udało mi się też załapać do fabrycznej antologii „Bardzo mi się podobasz” z opowiadaniem „Impostorzy”, bardzo dla mnie szczególnym, bo to jedyne w moim dorobku od początku do końca poświęcone niziołkom. I jedno z dwóch, którego treść nadal wywołuje we mnie dziki chichot.

Wracam więc do pracy nad przekładem „Letter of Marque” O’Briana i kontemplacji jesiennej aury, która idealnie sprzyja łapaniu weny. Nie wiem, czy w Polsce coś udaje się równie perfekcyjnie jak właśnie jesień. Pozdrawiam!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

O wrześniowej burzy. A raczej Burzy.

poniedziałek, 12 września 2011 13:51

Nigdy nie mogłem zrozumieć tego, dlaczego najwięcej pozytywnej energii w moim życiu pojawia się we wrześniu, zwłaszcza, że większość swego życia zawodowego spędziłem w szkołach. Jesień to tradycyjnie pora doła, smętów i dreszczów, czas godzenia się z brutalną rzeczywistością szkolno-zawodową po miesiącach grillowania i leżenia plackiem, okres, kiedy wszystko jest do dupy, a tu jeszcze na wybory każą iść.

Nie rozumiem tego, ale nie przeszkadzają mi rzeczy, których nie rozumiem. Jest ich na tym świecie aż za dużo. Zważcie, proszę, na to, że pisze te słowa człowiek panicznie bojący się testów na IQ.

A może nie tyle testów, co ich wyników.

Uwielbiam ten czas, kiedy o świcie ścielą się mgły, a zmierzch przybiega szybciej niż zwykle, przysiąc więcej chłodu. Kocham liście szeleszczące i poranne poszukiwania odpowiednio ciepłej (ale nie za ciepłej) kurtki. Nie ma przyjemniejszego widoku od czerwonych policzków dzieci i stworków z kasztanów.

Postawię też sporo forsę na to, że we wrześniu wiele rzeczy działa lepiej. Lepiej smakuje herbata z miodem. Lepiej pachnie płonąca świeczka. Szybciej się wraca z pracy i dłużej ze spacerów. Bardziej kwitnie miłość.

Sprawniej działa wyobraźnia.

Piszę „Drugą Burzę”. Tradycyjnie robię to łapczywie i bez opamiętania, co w moim trybie życia jest właściwie normalne, a więc rozwodzić się nad tym nie ma co. Zastanawia mnie natomiast lęk, jaki ta książka we mnie budzi. „Martwe Jezioro” było powieścią przygodową, w której świat dopiero zarysowałem. Nie miałem jeszcze na niego pomysłu ani też czasu, by tego pomysłu szukać, tak więc przezornie umieściłem akcję gdzieś na jego peryferiach, w myśl zasady: „pomyślę o tym jutro”. Cóż, jutro już nastało, a więc pracowicie rzeźbię mapę świata. Na razie w głowie, ale czuję, że trzeba będzie to wszystko nanieść na papier. Nie słynę z dobrej pamięci.

Rany, będę miał prrrrawdziwą mapę. Jak na fantasy przystało!

Jeszcze bardziej martwię się o to, czy uda mi się prawidłowo oddać stosunki między głównymi bohaterami. W przypadku „Miecza i kwiatów”, mojej najbardziej rozbudowanej powieści, nie było to aż tak wielkim problemem, gdyż bohaterowie, acz różni, najczęściej chcieli podobnych rzeczy. W „Drugiej Burzy” sytuacja mocno się zagęszcza, bo wszystkim – nie tylko Madsowi, ale również Elinaare, Bielikowi, Rayhali i Hoydnowi – chodzi o zupełnie inne rzeczy. Największy problem oczywiście jest z Madsem, które myśli jedno, mówi drugie, a tak naprawdę to zaplanował sobie trzecie. Czuję się czasem jak zdesperowany tkacz, który próbuje kilkanaście różnokolorowych nitek spleść w jedną przyzwoicie wyglądającą tkaninę. Na razie czuję, że się udaje, ale nowe pomysły obskakują mnie niczym wszy pospolite ruszenie i piszę szybko, szybciutko, żeby nie zapomnieć.

Dziś – jak się uda – rozpocznę piąty rozdział. Chyba najtrudniejszy w całej powieści…

Odkryłem jeszcze jedną rzecz. W żadnej z moich dotychczasowych powieści nie byłem związany z głównym bohaterem. Jasne, lubię postacie Jeremy’ego Baldwina oraz Gastona de Baideuax, z oczywistych względów (narracja pierwszoosobowa i dziedzictwo erpegowe) darzę sympatią Williama O’Connora, ale zawsze miałem wrażenie, że główny bohater to coś niezbędnego, element, który dopełnia i scala świat przedstawiony, dlatego trzeba go stworzyć i tyle. O dziwo, zawsze bardziej lubiłem postacie drugoplanowe niż pierwszoplanowe (ubóstwam Vittorio Scozziego i Edwarda Love, na ten przykład), a ekscytowanie się głównym bohaterem trochę przypomina kupienie samochodu po to, by bić pokłony przed jego silnikiem. W przypadku Madsa Voortena jest inaczej. Autentycznie lubię tego drania, lubię jego szorstkość, małomówność, skurwysyństwo podmalowane cieniem ironii, lubię mrok w jego sercu i bogactwo tajemnic, które skrywa przed światem. I wiem już dziś ponad wszelką wątpliwość, że jeśli cykl przypadnie czytelnikom do gustu, napiszę jego kontynuację.

Nie od razu. Za rok. We wrześniu J

I jeszcze jedno. Nie umiem pisać o muzyce i nie będę tego robił, ale jednym podzielić się muszę. W zeszłą sobotę widziałem Sabaton na żywo.

Ależ to był wieczór. Pachnące, chłodne jesienne powietrze i szóstka czubków ze Szwecji, ugniatających na scenie megapotężną  bombę emocjonalną. Tak, ja wiem, że ich muzyka to guilty pleasure. Wiem, że męstwo polskich żołnierzy pod Wizną przypuszczalnie jest rozbuchane propagandowo. Wiem, że RAF wygrałby Bitwę o Anglię bez pilotów z Polski i Czech (choć trwałoby to dłużej J). Wiem wreszcie, że patos chłopaków z Sabatonu oraz ich szczególne zainteresowanie polską historią militarną – choć częściowo z pewnością szczery – jest zabiegiem marketingowym podobnie jak darcie Biblii na scenie. I mam wszystkie te mądrości w poważaniu. Bo uwielbiam legendy, pociągają mnie one i wzruszają. I widok tysięcy zapalniczek przy utworze „Final Solution” czy hełmu kapitana Raginisa, obniesionego po scenie przed „40:1” oraz dziki entuzjazm przy „Uprising” zostanie w mojej pamięci na zawsze.

Sabaton ma we mnie nieprzejednanego fana, tym bardziej, że muzyka tego zespołu stymuluje mój proces twórczy. Trudno o lepsze tło muzyczne do tworzenia scen bitewnych.

W oczach Voortena lśnił stal. Błyszczą włócznie uniesione podczas szarży w korycie Burzycy. Migocze nieoczekiwany atak spomiędzy drzew Zamglonego Lasu. Jarzy się natarcie podczas Bitwy Pogodzonych. Tętni ziemia, wyje wiatr, świstają ostrza. Wyją wilki.

 Piszę.

 

PS. Nawiasem mówiąc, czekam na utwór Sabatona o potopie szwedzkim J


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

O Prozie Życia i innych bzdurach

środa, 24 sierpnia 2011 23:15

Moje konto blogowe przed chwilę poprosiło mnie o podanie hasła. Uprzejmie, ale chłodno i z dystansem.

Chyba najlepszy dowód na to, że daaawno tu nie zaglądałem.

A głupio mi, bo założeniem każdego bloga jest przecież jego cykliczność. Reaktywując „Wyziewy ze Smoczej Jamy” obiecałem sobie w duchu, że będę pisał minimum dwa razy w miesiącu. Niestety, nie zawsze to wychodzi, tym bardziej, że lato jakoś… No jakoś pisaniu nie służy. Mam wrażenie, że latoś na ten świat wylazły wszelkie możliwe cholerstwa, począwszy od spasionego franka, przez norweskich terrorystów i londyńskich chavs, na trąbach powietrznych i groźbach przedwyborczych kończąc. Dziwnie to może zabrzmi, ale cieszę się, że kończy się lato. Bo nie wiadomo, co jeszcze by wylazło…

Na Islandii nic dawno nie wybuchło. Ciekawe.

Ja zaś przez cały ten czas użerałem się z własnym cholerstwem, zwanym Prozą Życia. Od początku lipca walę w klawisze aż furczy, po kilka godzin dziennie, ale z rzadka dla przyjemności. Wziąłem na siebie kilka ciekawych, ale raczej mało spektakularnych projektów, które wciągnęły mnie bez reszty. Pogrążony w totalnym transie, bywało, że zapominałem o tym, co ważne.

I nawet przed plutonem egzekucyjnym nie przypomnę sobie, w jakich okolicznościach skończyłem „Miasteczko Nonstead”.

Wiem tylko, że wyszedłem z gabinetu, niosąc kubki po kawie, natknąłem się na Żonę na schodach i powiedziałem jej, że skończyłem. W chwilę później naciągnąłem kołdrę na głowę i przeniosłem się na drugą stronę, a wszystkich bliskich poprosiłem, by przez jakiś czas nie używali przy mnie słów rozpoczynających się na literę „N”.

Mam wrażenie, że zmęczenie książką to naturalny element pracy pisarskiej. Ostatnie tygodnie pracy nad powieścią to niekończące się czytanie, klejenie rozdziałów, uzupełnianie wątków, dopisywanie brakujących szczegółów, uwiarygodnianie akcji, tworzenie epilogów, posłowiów i innych takich.  Na tym etapie każda książka, choćby najbardziej fascynująca, staje się jedynie ciastem do ugniecenia – miazgą kilkuset bezbarwnych już stron, które trzeba kilkakrotnie rozwałkować, wbić w formę i wepchnąć do piekarnika (tu: oddać do redakcji). Dopiero po zabiegach wydawnictwa (i odpowiednim upływie czasu) zaczyna się nieść przepiękny zapach.

Ja jeszcze nic nie czuję.

No, poza lękiem. Strach przed przyjęciem książki jest równie nieodłączny jak niechęć do niej pod koniec pisania. Bałem się przed „Martwym Jeziorem”, balem przed każdą inną powieścią. Nie wiem, jak sobie z tym poradziłem. To mój pierwszy horror, najprawdopodobniej również jedyny, i przyznam szczerze, że w kilku miejscach sam siebie przestraszyłem. Nie wiem jednakże, czy to miarodajne odczucie. Należę przecież do ludzi, których śmieszą własne dowcipy, co bynajmniej nie oznacza, że są one dobre.

Dobra, do wypowiedzi dyskretnie wkradł się chaos. Przemyślę „Miasteczko” i wkrótce napiszę coś o strachu.

Póki co podejmuję usilne próby odegnania Prozy Życia, która niczym klasyczna teściowa nie daje się z domu wyprosić i cięgiem duszę truje. Bardzo pomaga w tym „Druga Burza”. I tu spieszę się pochwalić, że rozpocząłem pisać drugi tom przygód Madsa i Elinaare. Na horyzoncie grzmi i łomocze, cieszę się, jak nigdy!

A niewykluczone, że opowiem na ten temat coś więcej już niebawem. Zapraszam wszystkich na Polcon! W ten piątek o godzinie 11 będę się wił w krzyżowym ogniu pytań, bredził od rzeczy i plątał w zeznaniach. Zapraszam!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

czwartek, 29 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  30 075  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O moim bloogu

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z pas...

więcej...

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z paszczy, a czasami to nawet marudzi. Ale tylko czasami.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 30075
Wpisy
  • liczba: 24
  • komentarze: 234
Galerie
  • liczba zdjęć: 36
  • komentarze: 12

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl