Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 936 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

O wrześniowej burzy. A raczej Burzy.

poniedziałek, 12 września 2011 13:51

Nigdy nie mogłem zrozumieć tego, dlaczego najwięcej pozytywnej energii w moim życiu pojawia się we wrześniu, zwłaszcza, że większość swego życia zawodowego spędziłem w szkołach. Jesień to tradycyjnie pora doła, smętów i dreszczów, czas godzenia się z brutalną rzeczywistością szkolno-zawodową po miesiącach grillowania i leżenia plackiem, okres, kiedy wszystko jest do dupy, a tu jeszcze na wybory każą iść.

Nie rozumiem tego, ale nie przeszkadzają mi rzeczy, których nie rozumiem. Jest ich na tym świecie aż za dużo. Zważcie, proszę, na to, że pisze te słowa człowiek panicznie bojący się testów na IQ.

A może nie tyle testów, co ich wyników.

Uwielbiam ten czas, kiedy o świcie ścielą się mgły, a zmierzch przybiega szybciej niż zwykle, przysiąc więcej chłodu. Kocham liście szeleszczące i poranne poszukiwania odpowiednio ciepłej (ale nie za ciepłej) kurtki. Nie ma przyjemniejszego widoku od czerwonych policzków dzieci i stworków z kasztanów.

Postawię też sporo forsę na to, że we wrześniu wiele rzeczy działa lepiej. Lepiej smakuje herbata z miodem. Lepiej pachnie płonąca świeczka. Szybciej się wraca z pracy i dłużej ze spacerów. Bardziej kwitnie miłość.

Sprawniej działa wyobraźnia.

Piszę „Drugą Burzę”. Tradycyjnie robię to łapczywie i bez opamiętania, co w moim trybie życia jest właściwie normalne, a więc rozwodzić się nad tym nie ma co. Zastanawia mnie natomiast lęk, jaki ta książka we mnie budzi. „Martwe Jezioro” było powieścią przygodową, w której świat dopiero zarysowałem. Nie miałem jeszcze na niego pomysłu ani też czasu, by tego pomysłu szukać, tak więc przezornie umieściłem akcję gdzieś na jego peryferiach, w myśl zasady: „pomyślę o tym jutro”. Cóż, jutro już nastało, a więc pracowicie rzeźbię mapę świata. Na razie w głowie, ale czuję, że trzeba będzie to wszystko nanieść na papier. Nie słynę z dobrej pamięci.

Rany, będę miał prrrrawdziwą mapę. Jak na fantasy przystało!

Jeszcze bardziej martwię się o to, czy uda mi się prawidłowo oddać stosunki między głównymi bohaterami. W przypadku „Miecza i kwiatów”, mojej najbardziej rozbudowanej powieści, nie było to aż tak wielkim problemem, gdyż bohaterowie, acz różni, najczęściej chcieli podobnych rzeczy. W „Drugiej Burzy” sytuacja mocno się zagęszcza, bo wszystkim – nie tylko Madsowi, ale również Elinaare, Bielikowi, Rayhali i Hoydnowi – chodzi o zupełnie inne rzeczy. Największy problem oczywiście jest z Madsem, które myśli jedno, mówi drugie, a tak naprawdę to zaplanował sobie trzecie. Czuję się czasem jak zdesperowany tkacz, który próbuje kilkanaście różnokolorowych nitek spleść w jedną przyzwoicie wyglądającą tkaninę. Na razie czuję, że się udaje, ale nowe pomysły obskakują mnie niczym wszy pospolite ruszenie i piszę szybko, szybciutko, żeby nie zapomnieć.

Dziś – jak się uda – rozpocznę piąty rozdział. Chyba najtrudniejszy w całej powieści…

Odkryłem jeszcze jedną rzecz. W żadnej z moich dotychczasowych powieści nie byłem związany z głównym bohaterem. Jasne, lubię postacie Jeremy’ego Baldwina oraz Gastona de Baideuax, z oczywistych względów (narracja pierwszoosobowa i dziedzictwo erpegowe) darzę sympatią Williama O’Connora, ale zawsze miałem wrażenie, że główny bohater to coś niezbędnego, element, który dopełnia i scala świat przedstawiony, dlatego trzeba go stworzyć i tyle. O dziwo, zawsze bardziej lubiłem postacie drugoplanowe niż pierwszoplanowe (ubóstwam Vittorio Scozziego i Edwarda Love, na ten przykład), a ekscytowanie się głównym bohaterem trochę przypomina kupienie samochodu po to, by bić pokłony przed jego silnikiem. W przypadku Madsa Voortena jest inaczej. Autentycznie lubię tego drania, lubię jego szorstkość, małomówność, skurwysyństwo podmalowane cieniem ironii, lubię mrok w jego sercu i bogactwo tajemnic, które skrywa przed światem. I wiem już dziś ponad wszelką wątpliwość, że jeśli cykl przypadnie czytelnikom do gustu, napiszę jego kontynuację.

Nie od razu. Za rok. We wrześniu J

I jeszcze jedno. Nie umiem pisać o muzyce i nie będę tego robił, ale jednym podzielić się muszę. W zeszłą sobotę widziałem Sabaton na żywo.

Ależ to był wieczór. Pachnące, chłodne jesienne powietrze i szóstka czubków ze Szwecji, ugniatających na scenie megapotężną  bombę emocjonalną. Tak, ja wiem, że ich muzyka to guilty pleasure. Wiem, że męstwo polskich żołnierzy pod Wizną przypuszczalnie jest rozbuchane propagandowo. Wiem, że RAF wygrałby Bitwę o Anglię bez pilotów z Polski i Czech (choć trwałoby to dłużej J). Wiem wreszcie, że patos chłopaków z Sabatonu oraz ich szczególne zainteresowanie polską historią militarną – choć częściowo z pewnością szczery – jest zabiegiem marketingowym podobnie jak darcie Biblii na scenie. I mam wszystkie te mądrości w poważaniu. Bo uwielbiam legendy, pociągają mnie one i wzruszają. I widok tysięcy zapalniczek przy utworze „Final Solution” czy hełmu kapitana Raginisa, obniesionego po scenie przed „40:1” oraz dziki entuzjazm przy „Uprising” zostanie w mojej pamięci na zawsze.

Sabaton ma we mnie nieprzejednanego fana, tym bardziej, że muzyka tego zespołu stymuluje mój proces twórczy. Trudno o lepsze tło muzyczne do tworzenia scen bitewnych.

W oczach Voortena lśnił stal. Błyszczą włócznie uniesione podczas szarży w korycie Burzycy. Migocze nieoczekiwany atak spomiędzy drzew Zamglonego Lasu. Jarzy się natarcie podczas Bitwy Pogodzonych. Tętni ziemia, wyje wiatr, świstają ostrza. Wyją wilki.

 Piszę.

 

PS. Nawiasem mówiąc, czekam na utwór Sabatona o potopie szwedzkim J


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  30 781  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O moim bloogu

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z pas...

więcej...

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z paszczy, a czasami to nawet marudzi. Ale tylko czasami.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 30781
Wpisy
  • liczba: 24
  • komentarze: 240
Galerie
  • liczba zdjęć: 36
  • komentarze: 12

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl