Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 255 106 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

O Miasteczku Nonstead

sobota, 21 maja 2011 22:13

Nie pamiętam Twin Peaks.

Serial ten pojawił się w polskiej telewizji, gdy miałem kilkanaście lat. Po obejrzeniu pierwszego odcinka, podobnie jak miażdżąca większość telewidzów, wyszedłem z założenia, że to serial kryminalny. Z TV podówczas wiało potwooorną nudą i desperacko uchwyciłem się nadziei, że wreszcie znalazłem coś, co ma sens. Kolejne odcinki pokazały jednakże, że się pomyliłem, że „Twin Peaks” wcale nie jest kolejnym crime story, ale eee… Czymś dziwnym. Czymś, czego zrozumienie przekracza możliwości nastoletniego fana McGyvera.

No i dałem sobie z tym spokój.

Ciekawe jest jednak to, że te kilka odcinków, które oglądałem i usiłowałem zrozumieć, zasiało we mnie pewne drobniutkie, ale silne ziarenko. Nigdy nie zapomniałem Laurę Palmer i agenta Coopera. Nigdy nie zapomniałem Czarnej Chaty. Nigdy nie zapomniałem tych lasów i atmosfery tajemnicy. Nigdy nie zapomniałem muzyki.

Jest coś fascynującego w życiu małej społeczności, zagubionej gdzieś na skraju cywilizacji. Być może dlatego, że z dala od naszej ultranowoczesnej, rozpędzonej, wrzaskliwej cywilizacji łatwiej jest ożywić mit. Może dlatego, że konieczność radzenia sobie z problemami w takich miejscach przybiera dramatyczniejsze formy, zwłaszcza, jeśli owym problemem okazuje się coś mrocznego i niepojętego. To chyba dlatego nigdy nie zapomniałem Twin Peaks. To chyba dlatego z taką fascynacją oglądałem serial „Jericho” oraz film „Sztorm stulecia”. To chyba dlatego uwielbiam Stephena Kinga.

King potrafi nieźle schrzanić fabułę i nierzadko pisze bardzo rozczarowujące zakończenia, ale nastrojowi jego powieści i opowiadań niczego zarzucić nie można. W tej materii osiągnął absolutną perfekcję, gdyż czytając jego opisy miejsc ani chwilę nie wątpię, że one naprawdę istnieją. Miasteczka, domy, ludzie, oni wszyscy są niepokojąco autentyczni, do tego stopnia, że można się ich autentyzmem zarazić.

I się zaraziliśmy. Gdy tylko zdiagnozowaliśmy dolegliwość, zasiedliśmy do stołu sesyjnego.

Czy zdarzyło się kiedyś komuś grać w erpegi tylko po to, by odnaleźć w sesji nastrój zbliżony do książki? Nieprawdopodobna sprawa. Takie sesje są bowiem wyrazem tęsknoty za czymś nieuchwytnym – w naszym przypadku był to nastrój kingowskiego horroru, opowieści mrocznej, ale głębokiej, skomplikowanej, nierzadko sentymentalnej. Udało się znakomicie. Mam wrażenie, że właśnie wtedy, podczas tych kilku niesamowitych jesiennych wieczorów ziarenko posiane przez serial zaczęło kiełkować.

Pamiętam wszystko doskonale. Targane wiatrem drzewo za oknem. Zapach kawy i świec. Mroczne, jesienne opowieści. Dreszcze na plecach. Samotną podróż samochodem przez uśpione, zalane deszczem miasto. Dziwną niechęć do wejścia do ciemnej klatki schodowej. Senne powitania Żony.

Rany, co to były za chwile.

Michał, dzięki. Brywczy, Grabarz, Adaś, Wam też dziękuję.

Bez Was nie miałbym tych wspomnień. Bez tych wspomnień nie miałbym już siedmiu rozdziałów „Miasteczka Nonstead”.

Zanim ktoś przyczepi mi do pleców karteczkę z napisem „Tralala, a Mortka spisuje sesje!”, śpieszę sprostować. Nie spisuję ich, bo ich nie pamiętam. Mam jedynie jakieś mgliste przebłyski, nic wyraźnego. Widzę jakieś postacie, ale ich nie słyszę, nie wiem, co robią. Wiem tylko, że się boją.

Nie pamiętam tych sesji, zapomniałem nawet imienia własnej postaci. Pamiętam jedynie nastrój, a jest to rzecz zbyt cenna, by schować dla siebie. Zrobię wszystko, absolutnie wszystko, by się nim z Wami podzielić.

Chaotycznie piszę, prawda? Bo i chaotycznie żyję. Nonstead zawładnęło moim życiem kilka tygodni temu, od tej pory piszę jak wariat, z każdym dniem uzależniając się od tej opowieści coraz bardziej. Dopadam komputera gdy tylko mogę, w panice wbijam do Worda parę kolejnych zdań i znów wracam do innych obowiązków, ale Nathan, Skinner i Anna ciągle gadają w mojej głowie, wciąż się kłócą, boją, naradzają. Po ulicach Nonstead snuje się mgła, nad dachami łopoce skrzydłami Tajemnica, na podwórzach rozsiada się Mrok. Fabuła wije się gdzieś w ciemnościach, trzaska ogonem, syczy.„Miasteczko Nonstead” pisze się nawet wtedy, gdy się nie pisze.

Nie wiem, co jeszcze mogę zdradzić. Dodam może tylko, że rolę paliwa, prócz hektolitrów kawy, spełniają ścieżki dźwiękowe do filmów Lyncha, a ponadto „How to measure a planet” The Gathering, „Pornography” The Cure oraz „October Rust” Type o’Negative. Te nagrania zawierają skondensowany nastrój, który teraz próbuję ubrać w słowa. Być może niebawem podzielę się jakimś fragmentem, ale na razie na to za wcześnie. Gnam z fabułą, pędzę, walę, aż echo idzie, bo w międzyczasie wielki DEDLAJN już zaciera łapska.

Jak się uda, w przyszłym tygodniu napiszę coś niecoś o tym, co teraz tłumaczę w międzyczasie. Fajna sprawa, serio… J

Aha, wszystkich tych, którzy zaczynają mnie podejrzewać o zdradę „Martwego Jeziora”, pragnę uspokoić. Kontynuacja tej powieści jest rzeczą bardziej niż pewną. Ja po prostu muszę tylko od mordobicia odpocząć…

Pozdrawiam!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

O Karaibach...

sobota, 07 maja 2011 18:01

Został tydzień.

Tak, wiem, powinienem być mądrzejszy. Powinienem oczekiwać na premierę kolejnej powieści ze stoickim spokojem, a pierwszy egzemplarz ująć z godnością, obejrzeć z pobłażliwym uśmiechem i ustawić na półce obok wcześniejszych.

Sęk w tym, że nie potrafię.

Został tydzień. Za tydzień drugie wydanie pierwszej części dylogii „Karaibska Krucjata” – „Płonący Union Jack” – ujrzy światło dzienne. Kurna, doczekać się nie mogę.

Każda powieść, którą miałem przyjemność pisać, jest dla mnie w jakiś sposób szczególna. „Ostatnia Saga” była tą pierwszą, „Wojna runów” tą dla Mojej Żony, „Miecz i Kwiaty” tą najbardziej osobistą, „Martwe Jezioro” swoistym debiutem w temacie fantasy, a „Karaibska Krucjata”… Cóż, tu powodów do wyróżnienia jest wiele.

Pierwszym są okoliczności jej powstania. Istnieje przekonanie, że nie można napisać dobrego opowiadania czy dobrej powieści na podstawie sesji erpegowej. Zgodzę się. Sesja to przecież zabawa, nawet najlepszy MG nie wycyzeluje scenariusza z dramatycznymi punktami zwrotnymi, nawet najlepsi gracze nie przeprowadzą epickich dialogów i tak dalej. Jasne. Pisałem kiedyś opowiadanka, które były niemalże fotograficznymi zapisami wszystkiego tego, co się na sesji działo. Nikt ich nigdy nie zobaczy, obiecuję.

Niemniej inspirująca, ognista sesja może okazać się nieoczekiwanym źródłem inspiracji.

Wiele lat temu spotkaliśmy się we czwórkę – Adam, dwóch Michałów i ja – by zastanowić się, w co by tu grać. Czasy młodzieńczego uzależnienia od systemów należały już wówczas do przeszłości, nie interesowały nas podręczniki i statystyki, chcieliśmy sobie po prostu w coś pograć. Rzuciłem wówczas pomysł Karaibów. Bach, chwyciło.

Momentalnie powstały postacie Williama, Edwarda i Vincenta, zjawiła się „Magdalena”, a z nią Butcher, O’Neil, Bambo, Mulholland i Sanchez, pojawił się gubernator Morgan i miasto Port Royal. Ktoś przyniósł fajkę z wonnym tytoniem, ktoś znalazł mapę Morza Karaibskiego, skórzaną sakiewkę i angielskie szanty, kupiliśmy trochę rumu i zaczęło się.

Nie potrafię chyba tego opisać. Czas zrobił swoje i sesje rozmazały się w mej pamięci, zlewając w niekończący się ciąg szalonych przygód. W poważaniu mieliśmy statystyki, kostki i inne bzdury, bujaliśmy na żyrandolach i fechtowaliśmy na rejach wierni jedynie zasadzie dobrej zabawy i konwencji filmów z gatunku „płaszcza i szpady”. Posłuszni tejże, gorliwie wprowadzaliśmy do sesji wszystko, co dla nich kanoniczne, od epickich burd w knajpach aż po ogłuszające salwy burtowe. To był złoty czas erpegów, erpegów całkiem wyzwolonych z zasad, przepisów i cyferek.

Aż mnie naszło, że chcę o tym napisać.

Nie wiem, jaka duża część sesji została tak naprawdę przeniesiona na strony książki, upłynęło zbyt wiele czasu. Przede wszystkim pozostały postacie trójki głównych bohaterów, pozostał okręt i część załogi. Pozostał klimat zawadiactwa i niekiełznanej czupurności, pozostał skrzący, cierpki humor, pozostał słony smak wiatru i zapach dymu. Z samych epizodów sesyjnych pozostało naprawdę niewiele - myślę, że przemyciłem do książki co ciekawsze wymiany zdań i kilka gagów, ale nie jestem już w stanie ich zidentyfikować. Czas jest bezlitosny.

I tak oto z ognia sesji niczym dym wyrosła powieść. Nie wiem, jak do tego doszło. Nie pamiętam. Czas jest bezlitosny.

Drugim powodem, dla którego „Karaibska Krucjata” pozostaje książką szczególną, jest kult morza. Kiedyś na spotkaniu autorskim jeden z fanów powiedział mi, że podczas lektury nie mógł uwierzyć, że nie żegluję. Był to dla mnie ogromny komplement, gdyż jak dotąd moje doświadczenia żeglarskie sprowadzają się do pełnienia roli balastu na Jeziorze Kierskim przez niespełna godzinę. Pisanie o morzu było więc sporym wyzwaniem, podobnym nieco do tego, z którym zetknąłem się podczas pracy nad „Mieczem i kwiatami”, gdzie też musiałem opisać właściwie nieznaną mi rzeczywistość. Sęk w tym, że nie miałem specjalnie wyboru. Musiałem napisać o morzu.

Bo tak.

Mówiłem już kiedyś o tym, że w sercu pisarza kryją się swoiste literackie obowiązki? Że mieszkają w nim tematy, które on po prostu musi zrealizować? Że żerują na nim myśli, którym musi dać wyraz, bo go nie zostawią w spokoju?

Morze było dla mnie jednym z nich. Olbrzymie, bezkresne, absolutnie obojętne i niszczycielskie, a przy tym piękne do bólu. Na morzu zakończyła się najwspanialsza przygoda czytelnicza mojego dzieciństwa – ryczałem przy ostatnich stronach „Władcy Pierścieni” jak bóbr. O morzu opowiada najdoskonalszy utwór muzyczny, jaki kiedykolwiek słyszałem – „Rime of the Ancient Mariner” Iron Maiden. Z morzem związałem się nierozerwalnie tłumacząc powieści O’Briana. Szum fal wycisza mnie, uspokaja, przepełnia nadzieją.

Uwielbiam morze. Wyznaję je. „Karaibska Krucjata” to mój skromny hołd, który morzu składam.

Jest jeszcze trzeci powód – dowcip. Należę do tych ludzi, których niezmiernie bawią własne dowcipy i pisząc „Karaibską Krucjatę” – z założenia komedię - pękałem po prostu ze śmiechu. Nie obiecuję, że mój humor trafi do wszystkich, bo nie mogę, niemniej życzę każdemu z Was, by podczas lektury odnalazł choć cząstkę radości, którą ja miałem podczas pisania. To szczególna powieść, dzika i rozchichotana, barwna i zawadiacka, spowita dymami i zbryzgana słoną wodą. To spory, naprawdę spory kawałek mnie.

Zapraszam! Już tylko tydzień…


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

czwartek, 29 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  30 063  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z pas...

więcej...

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z paszczy, a czasami to nawet marudzi. Ale tylko czasami.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 30063
Wpisy
  • liczba: 24
  • komentarze: 234
Galerie
  • liczba zdjęć: 36
  • komentarze: 12

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl