Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 255 106 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

O tym, co w sercu gra...

sobota, 30 kwietnia 2011 21:47

Dopiero w sobotę rano, w pierwszy dzień długiego weekendu majowego, miasto prezentuje naprawdę miłe oblicze. Ulice witają dziesiątkami miejsc parkingowych, chodniki wolne od tłumów zamieniają się w trasy przelotowe, czerwone światło na przejściu dla pieszych traci swoje znaczenie. Ba, nawet ptaki nieśmiało dochodzą do głosu.

Spieszę się na zajęcia. W głowie huczy, przez słuchawki sączy się muzyka The Gathering.

Dobrze, że miasto puste. Inaczej wpadałbym na przeszkody.

Myślę o tylu rzeczach. Na wczorajszej sesji erpegowej usłyszałem kilka ciepłych słów na temat „Martwego Jeziora”, tak więc czuję się w obowiązku potwierdzić, iż BĘDZIE druga część tej książki. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, wezmę się do pracy z początkiem wakacji i czuję, że jeśli podleję proces twórczy dobrą muzyką, skończę raczej szybko. Mads, Elinaare i Istvan już od dawna gadają w mojej głowie, coraz głośniej i głośniej, a wydarzenia, jeszcze tydzień temu mgliste i niewyraźne, zaczynają się krystalizować. Nie mogę się doczekać.

Aha, tytuł drugiej części będzie brzmiał „Druga Burza”. Ci, którzy czytali „MJ” zapewne wiedzą, co to oznacza…

„Martwe Jezioro” powróciło jak bumerang również w innej formie. Na okładce najnowszego „Science Fiction”, na tle czerwonym jak krew Lenina puszy się straszne smoczysko z okładki mej książki. Patrzę na nie z lubością i nie mogę się nadziwić, że z początku mi się nie podobało. W środku numeru znajduje się również recenzję powieści, sympatyczna i korzystna, ale totalnie zaskoczyło mnie to, że autorka odnajduje w „Martwym Jeziorze” podobieństwa do Tolkiena. Cóż, był swego czasu recenzent „Ostatniej Sagi”, który stwierdził, że w powieści Mortka wybitnie sprzyja nurtowi pogańskiemu.

Ech, wikingowie… Wrócę jeszcze kiedyś do nich? Nie wiem.W międzyczasie piszę jednak coś zupełnie, zupełnie innego. Taki eksperyment. Muzyka The Gathering nie daje mi wyboru.

Dużo o muzyce ostatnio myślę. Jestem przekonany, że muzyka jest ściśle związana zarówno z erpegowaniem jak i pisaniem. Ba, związana. Muzyka stanowi zarówno fundament jak i zaprawę murarską (a czasem również i projekt) każdego projektu. Nie napisałbym „Miecza i Kwiatów” bez Loreeny McKennit oraz mszy da Palestriny. Nie napisałbym „Wojny runów” bez The Sisters of Mercy. Nie napisałbym „Martwego Jeziora” bez Mortisa, Burzum i Bal Saggoth.

The Gathering zaś – a zwłaszcza płyty „How to measure a planet” oraz „If then else” – przywodzą niezwykle cenne, nieco już kruche i odrobinę zamglone wspomnienia czasów, kiedy erpegowanie było dla mnie wszystkim. Zawarte na nich utwory, delikatne jak zroszone pajęczyny, przepojone niesamowitym głosem Aneke, wypełniały czas od piątku do piątku i stymulowały marzenia prosesysjne. Słuchając The Gathering analizowałem wydarzenia z sesji, snułem plany dla postaci, układałem dialogi, obmyślałem scenariusze, miejsca, postacie. Przy dźwiękach The Gathering ożywał Nowy Jork, Berlin, Oslo i Maine.

Przy The Gathering powstał Nathaniel McCarnish. Mniejsza o to, kto to. Na razie.

Były również inne wspaniałe kompozycje, które wspomogły ten proces. Zimne, tchnące zagubieniem i rozpaczą płyty The Cure, tajemnicze, oszałamiające swą mocą kompozycje Type O’Negative, dzikie The Prodigy, niespokojną muzykę z „Twin Peaks” i  „Mullholland Drive”. Wszystko to układa się w osobliwy wszechświat muzyczny, w wirującą konstelacje, w której wybuchały pomysły, skrzyły emocje, rozkwitały marzenia. Bez muzyki nie byłoby erpegów. Bez erpegów nie byłoby pomysłów. Bez pomysłów nie byłoby mnie takiego, jakim jestem.

Cholera, kiedyś kupię sobie blok granitu i wydziergam pomnik ku czci erpegów. Własnymi paluchami. Nucąc Manowar J

A do muzyki wracając, wspominam sobie ostatnio wielkie momenty z sesji, ilustrowane poszczególnymi utworami. Kiedyś prowadziłem sesję na brytyjskim niszczycielu w bombardowanym przez Japończyków Singapurze, do której ilustracją był utwór „Lucretia” The Sisters of Mercy. Podczas innej sesji atak hitlerowskich bombowców na atlantycki konwój wprowadził „For whom the bell tols” grupy Metallica. Pamiętam gonitwy wilkołaków po nowojorskich ulicach przy Type O’Negative. Pościg w Neuroshimie przy „Catch” Kosheen. Warhammerowskie wędrówki po labiryntach przy „Tomhet” Burzum. Wikingowską zadumę przy „Shores in flames” Bathory. Karaibskie peregrynacje przy „Conquest of paradise” Vangelisa.

A tym, jak łatwo było zilustrować muzycznie kampanię rozgrywającą się podczas wojny wietnamskiej, nie muszę chyba mówić. Do tego pory, gdy słyszę The Doors czy Jimiego Hendrixa, mam ciarki na grzebiecie. Choć pewnie z innych względów niż większość fanów.

Mógłby tak godzinami, a tymczasem zaraz zaczynam zajęcia. Wyłączam muzykę, zamykam netbooka, idę po podręczniki, gotów wskoczyć w świat mowy zależnej i trzeciego trybu warunkowego. Do The Gathering wrócę wieczorem.

I do Nathana.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

O ciiiszy...

niedziela, 24 kwietnia 2011 14:54

Przylazła Wielkanoc.

Wiem to bez patrzenia w kalendarz. Odgadłbym to i wtedy, gdyby moja Żona nie przygotowała tylu smakowitych cudności i gdyby telewizor – zaraz przed wyłączeniem – nie szczeknął czegoś świętobliwym tonem. Odgadłbym to nawet, gdyby odwołano święconkę, zakazano pisanek i opodatkowano uroczyste świąteczne porządki.

Wiedziałbym to i tak, bo ktoś kiedyś zarządził, że dzień święty święcić, a całe stulecia wrzasków z ambony wbiło nam to zasadę w DNA. Nie jestem dziś w stanie zrobić nic. Totalnie nic. Święcę dzień święty.

Realista rzekłby, że Kościół nie ma z tym nic wspólnego, to raczej efekt skutek wielu miesięcy wykorzystywania każdej minuty z dnia. Co tam, nie będę się kłócił. Leżę.

I myślę. A raczej wspominam.

Kilka dni temu listonosz przytaszczył drugi tom „Wielkiej Księgi Ekstremalnego Science Fiction”, co w sposób symboliczny zamknęło ogromny, mamuci cykl antologii Fabryki Słów, w przekładaniu których również miałem spory udział. Z przyjemnością zważyłem w dłoni opasłe tomiszcze, bo sporo pracy mnie kosztowało, oj sporo. Podobnie jak w pierwszym tomie, i tu pojawiło się sporo niezwykle udanych opowiadań. Moim faworytem było, jest i będzie „Dziewczyna z bebechami z żelaza” („The girl had guts”) Sturgeona, porządne, soczyste SF z zaskakującym zakończeniem oraz „Nażarci” Oltiona, żart z wyjątkowo eee… twardą pointą. Dobrze wspominam też „Tydzień Salomona Gursky’ego” Iana McDonalda, za które początkowo byłem gotów posłać autora do psychiatryka, aż skończyłem, nabrałem dystansu i uśmiechnąłem się. Piękne.

Uff, już dwa akapity. Tom się narobił.

Dałem sobie chwilę na skupienie wzroku na Następcy Tronu i Pretendencie do Tronu, którzy uganiają się pod ogrodzie. Nabieram pewności, że dorosłemu nic się nie chce głównie dlatego, że za dużo nabiega się jako dziecko.

Wracam myślą do wspomnień z ubiegłego tygodnia. Ponoć zdobycie „Martwego Jeziora w nie-wirtualnej księgarni poznańskiej staje się coraz trudniejsze. Rany, ile jak bym dał, żeby to była prawda… Póki co odbieram bardzo budujące opinie. Koleżanka z pracy, której podarowałem egzemplarz, w odpowiedzi na pytanie, czy wyszła by za Madsa Voortena, odpowiedziała bez namysłu: „tak”. Po autograf wpadł mój były słuchacz, który koniecznie chciał wiedzieć, co brałem pod czas pisania. Na Facebooku zostałem nazwany złym człowiekiem, bo za krótka ta książka, za krótka…

Spokojnie, spokojnie. Będą kolejne części. Nawet już wymyśliłem tytuł do drugiej…

O, chyba się zdrzemnąłem.

Najlepszą wiadomością ostatnio był mail z Fabryki Słów, w którym przyjechała okładka do „Karaibskiej Krucjaty”. Aha, bo ja jeszcze nic o tym nie mówiłem, nie? Racja, bo to sekret miał być. Zresztą, co ja wygaduję. Gówno tam sekret. Ja uwierzyć w to nie mogłem! I chyba do tej pory nie mogę… W każdym razie, pierwsza część mojej morskiej dylogii, zwąca się „Płonący Union Jack”, już niebawem ponownie ujrzy światło dzienne. Rany, już bardzo niebawem. Póki co świętuję okładkę – fantastyczną, pyszną, nieprawdopodobnie ekspresywną okładkę autorstwa Pawła Zaręby, która ostatecznie załagodziła ranę na sercu, zadaną przez poprzedniego ilustratora, autora najbardziej udanej antyokładki minionej dekady. Tfu, bygones. Nowa mnie oczarowała. Wlepiłem ją już do galerii „fabryczne mortkowisko”, bo oprzeć się, kurna, nie mogę.

Chyba mi ciśnienie podskoczyło. A to ci dopiero. Przed momentem przyglądałem się sójce i zastanawiałem, jak to jest, że się cholerze chce latać, a teraz mam ochotę się z nią ścigać.

Hoho, wiatr się zerwał. Wykorzystam chwilę korzystniejszych biorytmów i chyba przeniosę się do domu. Bo za moment znów mi się odechce.

Za tydzień napiszę o „Karaibskiej Krucjacie” J

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

O mortkowych bajkach

sobota, 16 kwietnia 2011 22:36

Wiosna przylazła. Rozsiadła się w mortkowie, umościła i zaczęła przebijać się do mojej świadomości. Dwie pierwsze oznaki – klucze rozgadanych ptaków oraz bandy pomarańczowych panów łatających dziury w jezdni – ledwie co zarejestrowałem, dopiero nieoczekiwany przypływ dobrego nastroju uprzytomnił mi, że coś się dzieje. Potem zauważyłem, że muzyka Burzum i Ulver chwilowo przestaje do mnie przemawiać, a w ostatnim zdaniu napisanej dziś bajki wiking Tappi wykrzyknął dziś „Wiosna!”.

I wtedy miło mi się zrobiło. Tym bardziej, że była to bajka zamykająca cykl „Opowieści z Lodowej Zatoki”. Łubudubu, skończyłem kolejną rzecz.

O tym, że muszę zacząć pisać bajki, wiedziałem już od dawna. Choćby po to, by obalić twierdzenie, jakoby szewc bez butów chodził. Zaczęliśmy czytać Następcy Tronu ledwie ten skończył dwa lata i wspólnie przebrnęliśmy przez kilkanaście (kilkadziesiąt?) kilogramów literatury dziecięcej, co w sumie nasunęło mi dwa wnioski. Po pierwsze, czytanie dziecku wspaniale rozwija jego pamięć i słownictwo. Po drugie, pisanie dla dzieci to nie lada sztuka.

Kilka kilogramów wspólnie przeczytanych książek bowiem – moim skromnym zdaniem – niewiele dziecku dało. Fabuła okazywała się nazbyt skomplikowana, składnia zbyt trudna, słownictwo źle dobrane (archaizmy lub, o zgrozo, kilkusylabowe nazwy roślin objaśnione przypisami), a całość albo nachalnie moralizująca albo nie przedstawiająca żadnych konkretnych wartości. Nie dziwię się. Pisanie bajek dla dzieci tylko pozornie jest łatwym zadaniem. W rzeczywistości mało kto potrafi odmalować coś naprawdę niepowtarzalnego, coś, co dziecko zapamięta, a rodzic przeczyta z przyjemnością. Bo nie ma drugiego Stumilowego Lasu, drugiej Doliny Muminków czy drugiego Bullerbyn. Nie ma dwóch Rzaholeckich Lasów ani też dwóch Narnii.

Śmiałka, który chce dołączyć do gromady twórców bajek dziecięcych, czeka więc trudne zadanie. Niełatwo jest znaleźć głównego bohatera, który wyróżniałby się z tłumów misiów, skrzatów i małych czarodziejów. Niełatwo jest ukształtować jego osobowość tak, by nie była sztucznym zlepkiem banalnych cech, a przy tym pozostała osobowością bajkową. Trudno wreszcie ułożyć dlań przygody tak, by okazały się przyjazne czy wciągające, a nie zaniepokoiły dziecka. Nie mówię tu o sadystach Grimach – to straszne, co oni zrobili wilkowi! – czy Andersenie, który moim zdaniem tworzy nastrój zbyt zimny. Mam na myśli postacie tych Złych, bez których żaden Dobry nie ma racji bytu. Jak stworzyć owych Złych tak, by się dziecku nie śnili? Ciekaw jestem, czy w jakim nastroju znajdowała się Tove Janson tworząc postacie Buki czy Hatifnatów. Ciekaw jestem, czy jest ktoś – ktokolwiek! – kto czytał Muminki za dziecka i dziś nie pamięta Buki…

Nawiasem mówiąc, sam czytałem Muminki dopiero jako dorosły. Scena, w której Muminek i Włóczykij grają w karty w uśpionym domu, uzbrojeni, gotowi na nadejście Buki, naprawdę do mnie przemówiła.

Oczywiście w konkursie na sugestywność przekazu książka przegrywa z filmem czy grą komputerową, ale tak czy owak może nieźle wzburzyć dziecko. Drastyczny opis, mroczny klimat czy  przekonujący mroczny charakter to jedno, a co ze śmiercią? Jak wytłumaczyć pięciolatkowi, co się stało z Arslanem czy Thorinem Dębową Tarczą? Sam miałem problem zwłaszcza z tym ostatnim – Następca Tronu uwielbiał „Hobbita” i odniosłem wrażenie, że jakoś wytłumaczyłem mu śmierć Thorina. Moje zdziwienie jednakże nie miało granic, kiedy następnego dnia zapytał mnie: „Tato, a dokąd właściwie odszedł Thorin?”

To nie ostatni problem. Czy wprowadzać wartości dydaktyczne, a jeśli tak to jakie? Czy przeplatać bajki morałami bądź dobrymi radami w stylu: „Jedz owoce!” czy może pójść w drugą stronę i ulepić z nich jedną wielką metaforę tryumfu Dobra nad Złem jak to było w przypadku „Narnii”, metaforę, dodam, całkiem dla dziecka nieczytelną? A może w ogóle dać sobie spokój z dydaktyką i napisać rubaszną historyjkę z jajem na podobieństwo „Rumcajsa”?

Wreszcie co z łobuziakowatością? Tak jak dorosłego czytelnika pociągają opowieści o ludziach na bakier z prawem i kanonem zachować, tak dziecko z fascynacją słucha opowieści o „tych niegrzecznych”. Nigdy się nie mogłem nadziwić beztrosce rodziców „Dzieci z Bullerbyn” i bywało, że na widok zasłuchanej buzi Następcy Tronu zadawałem sobie pytanie, czy nie karbuje sobie on aby właśnie pomysłów na przyszłe wyskoki.

Na wszystkie te pytania musiałem w ten czy inny sposób odpowiedzieć i w końcu wziąłem się do pracy. „Opowieści z Lodowej Zatoki” powstawały jakby mimochodem, gdzieś na uboczu Dużych Rzeczy dla (prawie) Dorosłych, aż w końcu, gdy opadł kurz po bitwie, zostały w te pędy zakończone. Moi bohaterowie – wesoły wiking Tappi i jego najlepszy przyjaciel, reniferek Chichotek – wędrują przez dwanaście rozdziałów mroźnej zimy, napotykają trolle i wodniki, elfy i wilki, olbrzymów i smoki, popadają w tarapaty i płatają figle, aż w końcu wybierają się w daleką podróż, ale zawsze wracają do troskliwej, poskrzypującej Chaty, by grzać się przy kominku. Trochę tu narnijskiej magii, jest odrobinka hobbickiej surowości, jest rumcajsowa wesołość i puchatkowa beztroska, jest również muminkowa przyjaźń – trudno napisać coś wiarygodnego, co nie miałoby związku z którymś z tych żywiołów - ale nad wszystkim unosi się mortkowa troska o niepowtarzalność i wielkie, wielkie marzenie, by bajki dla Następcy Tronu przeczytały kiedyś inne dzieci.

To dla mnie ważne. Ważniejsze bodaj niż powieści dla dorosłych.

Co dalej? Nie wiem. Jestem na tym polu całkowitym debiutantem, nie wiem, jak się wydaje bajki dla dzieci. Szukam, szukam cierpliwie. Na razie znalazłem rysowniczkę, która z sympatią i wielkim zrozumieniem dla moich pomysłów szkicuje ilustracje, a to już coś. Ciekaw jestem, co przyniesie przyszłość.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

O spiskach i science fiction

piątek, 08 kwietnia 2011 10:15

To chyba spisek.

Rany, znowu odkryłem spisek.

Byłbym przysiągł, że ta umiejętność obumarła we mnie z chwilą wejścia w świadomą dorosłość czyli w fazę SCS (Skup się na Czymś Sensownym). Nos-niuchcz, narzędzie do wykrywania spisków dziejowych, prowadził mnie przez zdziczałą młodość i doprowadził do wielu rewelacyjnych odkryć, jak choćby to plastykowe krzesełka na Dworcu Głównym w Poznaniu to wynik tajnej zmowy osteopatów, a przedimek w języku angielskim to efekt wspólnego porozumienia MI-6 i CIA, żeby łatwiej było wychwycić podejrzanych z Europy Wschodniej. Zabawa przestała mi się podobać po zamachu na WTC, a w chwili obecnej konkurencja ze strony polskiej sceny politycznej jest tak silna, że pozostaje mi tylko zawrzeć mortkę. Bo nadchodzi pewna rocznica, która powinna być doniosła i poważna, a zapewne skończy się na groteskowych przepychankach i wykrzyczanych przed kamerą podejrzeniach, kto tak naprawdę owego pamiętnego dnia trzymał bazookę.

W niedzielę nie włączam żadnych mediów. Na szczęście mam książki.

I tu wracam do spisku. Jak chce kultura masowa (i serial „Archiwum X”), spiski rodzą się w zadymionych, ciemnych pomieszczeniach, pełnych milczących mężczyzn w garniturach, odzywających się półsłówkami do telefonów komórkowych. I taka właśnie scena musiała mieć miejsce, bo oto we wtorek listonosz przynosi paczkę z „Martwym Jeziorem”, a w czwartek donosi pierwszy tom „Wielkiej księgi ekstremalnego science fiction”, mojego ostatniego, najdłuższego i najtrudniejszego tłumaczenia z cyklu mamut. Obie pozycje mają swój debiut dziś, w piątek.

Spisek, kurna, spisek jak nic.

Nieprawdopodobne jest to, jak człowiek zżywa się z tłumaczeniem. Kartkuję pierwszy tom i widzę poszczególne dni, miejsca, chwile. Jestem tłumaczem-tułaczem, piszę kiedy mogę i gdzie mogę, a więc „WKESF” tułała się ze mną po pociągach, stacjach kolejowych, knajpkach, różnych pokojach w domu, pod moją ulubioną jabłonką. Kiedyś przełożyłem parę akapitów u fryzjera, sporo na radach pedagogicznych, zdarzyło się też, że popracowałem sobie w Urzędzie Komunikacji, choć to miejsce akurat nastrojem do sf jak najbardziej pasuje. Tłumaczyłem, darłem włosy z głowy, kląłem, plułem i bluzgałem, bo… Bo długie. Długie i trudne. Gdybym miał porównać pracę nad tą antologią z dyscypliną sportową, zapewne wybrałbym bieg na czas przez jeżyny. Z workiem kamieni na plecach. I w krótkich portkach.

Dlaczego? Bo zawsze jakoś wolałem omijać sf, zapewne kierując się podświadomym, wyniesionym z liceum lękiem przed fizyką i innymi naukami zakazanymi. Coś mi zawsze mówiło, że by czytać, rozumieć, a co gorsza pisać sf, trzeba się trochę znać na tym i owym. Tak, wiem, że napęd Warpa to lipa, podobnie jak wiele innym pseudonaukowych pomysłów z filmów i literatury sf, ale nawet pseudonauka ma w sobie nieco nauki. Ja zaś, nieborak z klasy humanistycznej, nie mam jej w sobie wcale.

Pracowałem więc powoli i z obawą, nieufnie obwąchując terminy z pogranicza fizyki, chemii i biologii, próbując dociec istoty rzeczy. Tu i ówdzie doczytywałem, tu i tam pytałem, czasami udało się coś samemu zrozumieć, potem wkroczyła redaktorka – Małgosia Koczańska – która zna się na absolutnie wszystkim i wszystko zaczęło się układać w logiczną całość. A ja w międzyczasie zauważyłem, że to najlepszy mamut, z jakim przyszło mi pracować. I, cholera, wciągnęło mnie.

Wciągnęło mnie obrzydliwe, trudne, strasznie kosmiczne, fizyczne i chemiczne sf.

Zawsze twierdziłem, że najważniejszym elementem dobrego opowiadania jest zakończenie, które powinno zafundować czytelnikowi porządnego fabularnego kopa. W tym tomie takich opowiadań jest zaskakująco dużo. Mamy wstrząsające zakończenie w „I obiad uciekł razem z łyżką” Di Filippo. Mamy miażdżącą, ponurą space operę w „Wodnym świecie” Gilleta i Oltiona. Intrygującą grę z czytelnikiem w „Kwiatach od Alicji” popularnego ostatnio Doctorowa. Poruszającą historię w „Wariantach zmartwychwstania” Persona. Mroczną wizję AR w „Śmierci w Ziemi Obiecanej”. No i absolutny hit, „Zagadkę Pacyfiku” Baxtera. Naprawdę sądziłem, że temat alternatywnych historii z drugą wojną światową wygraną przez Niemców już się skończył, ale Baxter pokazał, że jest inaczej.

Poza tym, to przecież Baxter. Tłumaczyłem Baxtera, hihihi! I Gaimana, hehehe!

Tak, na moim szlaku kombatanckim przełożenie tej antologii porównałbym tylko do zdobycia Monte Cassino. Było baaardzo ciężko, ale satysfakcja przeogromna i przed odstawieniem pierwszego tomu na półkę długo, długo trzymałem go w rękach. To bardzo fajna chwila.

Kończę to spiskowanie, pora wziąć się do pracy. Ciekawe, czym niebawem znów buchnie z Jamy.

Ciekawe, co przyniesie kolejny spisek… J  

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Oczekiwanie

środa, 06 kwietnia 2011 22:58

Jest taka pora każdego dnia, kiedy to rządy nad światem obejmuje świt. Wilgotny, szary, czasami nieprzyjemny, zawsze przejmująco cichy. Nie ma lepszej pory na rozmyślania.

Nie ma lepszej pory na czekanie.

Siedzę, patrzę przez okno i czekam.

Czekam na wiele rzeczy. Przede wszystkim chwilę, kiedy opadną emocje po przełożeniu „Drugiej strony medalu”. Kiedyś na spotkaniu autorskim powiedziałem, że rzeczą całkowicie naturalną jest to, że na finiszu pracy nad książką nienawidzi się jej z wzajemnością. Cóż, to chyba nie tak. W przypadku O’Briana wszystko wygląda inaczej. Nie wolno nienawidzić świętości. Nawet jeśli każe biednemu tłumaczowi szukać cytatów z Owidiusza, zapoznawać się z zasadami gry w krykieta (genetycznie nieprzyswajalnych dla każdego człowieka spoza Commonwealth) czy w panice googlać nazwy utensyliów kuchennych z początku dziewiętnastego wieku. Uwielbiam powieści O’Briana.

One chyba też mnie lubią, mimo wszystko.

„Druga strona medalu” zaskakuje pod wieloma względami. W przeciwieństwie do poprzednich tomów cyklu dzieje się głównie na lądzie, gdzie Jack pakuje się w niewiarygodne tarapaty. Głównym bohaterem tego tomu okazał się jednak – ku memu przyjemnemu zaskoczeniu – Stephen, a zakończenie jego wątku zrzuciło mnie z fotela.

Ale już jest po wszystkim. Kolejny rozdział w moim życiu zamknięty.

Świt rozsiada się coraz wygodniej, wśród drzew i krzewów. Ziewa. A ja siedzę i czekam.

Czekam na piątek – na dzień premiery „Martwego Jeziora”. To moja powieść numer… Zaraz, zaraz, niech to Koza… Jedenaście? A więc dlaczego się tak stresuję? Bo to pierwsza książka po długim okresie pracy z tłumaczeniami? Bo to pierwszy mój eksperyment z dark fantasy? Bo za bardzo tą książkę polubiłem? Bo to wszystko trochę nierealne? Nie wiem. Mój wzrok ucieka ku pękatej paczce, przysłanej przez Fabrykę Słów, rozdartej na rogu. Już mam. Obmacałem, obwąchałem, nawet polizałem. „Martwe Jezioro” istnieje naprawdę.

Moja pierwsza powieść dark fantasy. Moja własna opowieść o mgłach, tajemnicach i zakazanych mordach, o smokach, elfach i pożodze, o ludziach nieprzejednanych i niezrównoważonych. Wreszcie coś wolnego od faktów historycznych, wreszcie coś zrodzone tylko i wyłącznie w wyobraźni, wreszcie coś podsycone ogniem młodzieńczej fascynacji fantasy, który nadal gdzieś tam tli.

Kurde, ale jaja. Teraz to tylko trzeba, by jakiś rozpoznawalny polityk opozycyjny oznajmił publicznie, że Mortkę czytają tylko wykolejeńcy bądź ludzie zakompleksieni. Pewna sieć sklepów ponoć nieźle na tym zyskała.

Świt ma gdzieś to wszystko, rozlewa się leniwie, snuje, szepcze. A ja czekam.

Czekam na pierwsze recenzje „Wielkiej Księgi Fantastycznego Humoru”, którą miałem przyjemność tłumaczyć wraz z p. Dominiką Shimscheiner, skrzącego świetnymi pomysłami, lekkiego i przebojowego zarazem „mamutka”, który zajął mi niemalże całą zimę ubiegłego roku. Wędrował na moim sypiącym się laptopsku, wyniesiony z niego na pendrive’ie w ostatniej chwili przed zagładą płyty głównej, powstawał w pociągu, na posiedzeniach rady pedagogicznej, na sprawdzianach i okienkach, a wieczorami  i po nocach poddawał  się żmudnemu ciosaniu redakcyjnemu. Bywało, że kląłem jak szewc, bywało, że chichotałem jak opętany, bywało, że zasypiałem na klawiaturze. W przypływie czarnego humoru nabierałem przekonania, że tak oto mamuty wróciły, by zniszczyć cywilizację, poczynając od tłumaczy.

Nie powiem, które opowiadanie sprawiło mi największą trudność, bo to wstyd. Najfajniej pracowało mi się nad „Człowiekiem, który nienawidził cadillaców” Granta oraz nad „Awanturą z dwudziestoma czterema kosami” Neila Gaimana. Nawiasem mówiąc, była to moja pierwsza styczność z Gaimanem, doznanie bardzo inspirujące. Czułem się, jakby mi pozwolono przez paręset metrów nieść znicz olimpijski.

Gdzieś pojawił się pierwszy promień słońca, świt zwinął się i uskoczył. Dopijam kawę. Pora wziąć się do pracy.

Oby do piątku J


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

czwartek, 29 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  30 062  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O moim bloogu

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z pas...

więcej...

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z paszczy, a czasami to nawet marudzi. Ale tylko czasami.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 30062
Wpisy
  • liczba: 24
  • komentarze: 234
Galerie
  • liczba zdjęć: 36
  • komentarze: 12

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl