Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 936 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

O mitach

piątek, 25 lutego 2011 12:15

Dziś o mitach będzie.

Mit to ważna instytucja w moim życiu. Bywa, że daje mi irracjonalną wiarę w jakiś skutek bądź konsekwencję ("Jakby co, dzwoń po pomoc drogową. Masz pakiet Full Hard Core Mega Golden Assistance, na pewno pomogą). Bywa, że dzięki niemu mogę pokiwać głową z cynicznym uśmiechem i poczuć się odkrywcą-demaskatorem ("A więc szarża Lekkiej Brygady nie zakończyła się masakrą, a jedynie utratą połowy stanu osobowego? Hehehe..."). Bywa, że życie nabiera większej głębi.

I - choć w dobie Facebooka, BlueRaya i Nesquicka wydaje się to ździebko nie na miejscu - dobrze się tu sprawdzają mity z przełomu wieku dziecięcego i nastoletniego.

Jak choćby Robin Hood.

Mam wrażenie, że gdyby nie ów banita z Sherwood, który był tak szlachetny, że po prostu nie mógł istnieć, moje życie poszłoby w nieco innym kierunku. Trudno dziś przecenić długie, magiczne godziny nad powieściami Pyle'a czy Kraszewskiego (wolałem tą drugą, bo mniej tragiczna - o ile dobrze pamiętam, RH nie ginie w scenie finałowej). Trudno przypomnieć sobie rozmiar zaskoczenia, które przeżyłem, gdy RH pojawił się w "Ivanhoe". Trudno wreszcie zapomnieć nerwowe oczekiwanie na niedzielną emisję serialu z Michaelem Preadem i pierwsze takty utworu początkowego Clannad.

Wtedy budziło się owo Czucie, które w latach późniejszych objawiło się drapieżnym skokiem na fantastykę.

I nic już później nie było w stanie przebić chłopięcego zachwytu postacią Człowieka w Kapturze. Mgły Sherwood i drżąca w pniu drzewa strzała wypaliły swe piętno. Podskórnie Robin towarzyszył mi podczas niekończących się erpegowych doświadczeń, gdzieś wisiał nade mną, gdy pochylałem się nad "Ostatnią Sagą", wracał podczas włóczęg po lasach. Wisiał nade mną jak duch i zadawał ledwie słyszalne pytanie: "Chciałeś być taki jak ja, co?"

No, chciałem. Choć w sumie, gdybym miał wybór, wolałbym chyba Nazira.

Mit gdzieś żyje nadal, choć minęło już tyle lat. Niemalże zniszczyła go hollywoodzka produkcja z Costnerem, lecz na szczęście odbudował go rewelacyjny "Sherwood" Pacyńskiego. Spaprało kilka gier komputerowych, lecz odbudowała ostatnia ekranizacja z Russelem Crowe w roli głównej, nie pozbawiona głupot fabularnych, ale oparta na zaskakującym pomyśle. Nie zdusił go nawet nierozważny zakup kilku DVD z serialem, który najpełniej odsłonił upływ czasu. Jedyne, co w nim mogę nadal docenić, to klimat, bo gra aktorska i dialogi... Poza tym, jeszcze jedno. Rany boskie, jak ja się mogłem kochać w odtwórczyni roli Marion?

Mit niedawno wrócił raz jeszcze. I to bodaj najmocniej. W listopadzie w poznańskiej Farze wystąpiła Moya Brennan, wokalistka Clannad. Nie wiem, czy kiedykolwiek tak wymarzłem na koncercie. Nie wiem też, czy kiedykolwiek mocniej przeżyłem jakikolwiek występ. Siedzieliśmy z Żoną w jednej z pierwszych ławek, oczarowani, zasłuchani, z wilgotnymi oczami i czekaliśmy. 

I doczekaliśmy się. Zarówno "I will find you" jak i "The Hooded Man."

Kilka dni później wracałem samochodem do domu. Było ciemno, zimny, wiatr hulał nad polami, gdzieś darły się biesy. I nagle mnie wzięło. Zjechałem na pobocze i z niecierpliwością alkoholika szukającego ostatniej niedopitej flachy zacząłem grzebać w skrytce z płytami. I grzebałem tak długo, aż znalazłem "Legend" Clannadu. Kiedy w końcu wepchnąłem ją do odtwarzacza i usłyszałem "Scarlet inside", zrozumiałem, że tego mitu się nie pozbędę nigdy.

Zrozumiałem też, że kiedyś muszę o tym napisać więcej. O Szkarłatnym Willu właśnie.

Trzymajcie się. Wracam do O'Briana.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Ocknięcie

sobota, 19 lutego 2011 21:50

Nie pisałem to długo, gdyż wczepił się we mnie Dedlajn - krwiożerczy bożek pisarzy, tłumaczy i wszystkich innych znajdujących się na artystycznej bieżni. Ucapił i zaczął potrząsać, wbijając mi gębę (mortkę?) w tłumaczenie, gdy tylko przyszło mi do głowy ją odwrócić.

Aż skończyłem. Uff.

Na razie nie chcę o tym tłumaczeniu mówić. Muszę ochłonąć, nabrać dystansu, przemyśleć... Powiem tylko tyle, że zapowiada się interesująco. Naprawdę.

Teraz rozglądam się z pewnym zdziwieniem dookoła i rekonstruuję rzeczywistość. Ile to się wydarzyło od czasu, gdy wciągnął mnie maraton translatorski? Na pierwszy rzut oka sporo, bo choćby śnieg spadł i litościwie przykrył okoliczny bajzel. Na południu otrzepuje się Egipt. Nad naszymi głowami smyrga jakiś drugi Małysz. Gdzieś w Kosmosie rzekomo zasuwa ku nam porządnie wycelowana asteroida.  KRUS jak istniał tak istnieje.

Aha. Wsio w pariatkie. Uspokojony wracam do mojego tęsknie mrugającego kursora.

Lubię chwilę zakończenia pracy nad czymś sporym. Lubię owo uczucie ulgi przemieszane z ciekawością. Za co teraz się wezmę? Co teraz czeka? Z jakiego powodu Dedlajn pochwyci mnie tym razem?

Tuż za Małym Komputerkiem piętrzą się przykurzone już nieco kartki, z których dobiega świst wiatru i skrzypnięcia reji. HMS "Surprise" kontynuuje swój rejs ku Azorom. Na twardym dysku szepczą do siebie bajki, których powstawanie przyspiesza nadąsana minka Następcy Tronu. W mojej głowie gadają sobie postacie z kolejnych, nienapisanych jeszcze powieści. Kłócą się, dyskutują, bluzgają, klną, marudzą...

Coraz bardziej przekonuję się do teorii, że sen to potworne marnotrawstwo czasu.

Cóż, pora usiąść przy łóżeczku Następcy Tronu, popławić się nieco w nastrojach doliny Muminków, a potem wrócić za Mały Komputerek i zacząć stukać. Fornit jeden wie co.

Lubię ten stan.

Odezwę się niebawem.

 

P.S. A w tą asteroidę to nie wierzcie. To tylko spisek dziejowy dużych banków, by zachęcić nas do brania naprawdę dużych kredytów... :)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Martwe Jezioro

piątek, 04 lutego 2011 23:45

Na zewnątrz dmie i wyje, złośliwe wichrzyska przelatują tuż nad Mortkowem, wygrażają co sił. Ech, wziąłbym miotłe, przepędził jednego z drugim.

Albo nie. Siedź. Słuchaj i zacznij wspominać.

Tak, bo skoro mam coś powiedzieć o "Martwym Jeziorze", to muszę sięgnąć głęboko do wspomnień. Pewnej zimy, jeszcze w ogólniaku, wypatrzyłem w mizernej księgarni osiedlowej "Smoki Jesiennego Zmierzchu. Nie znałem autorów, ale zaufałem okładce, kupilem i... I przepadłem.

Ziarno zostało posiane.

Śledziłem "Smoczą Lancę" jeszcze długo i kupowałem wszystko jak leci, sumiennie i skrupulatnie, zapał tracąc gdzieś na etapie "Smoków Czwartkowego Popołudnia" czy "Smoków Drugiej Bar-Mitzwy Tego Roku". Może dlatego, że nieubłagalnie się przy tym starzałam, a mam wrażenie, że tego typu literatura jest nalepiej przyswajalna gdzieś między 17 a 22 rokiem życia (co nie oznacza, że później się nie da, broń Boże, nie to chciałem napsać). Tymczasem gdzieś po drodze moim życiem zawładnął Warhammer i "Baldur's Gate" i tak oto narodziła się nieuświadomiona jeszcze potrzeba napisania czegoś w klimacie heroic bądź dark fantasy.

I wracała jak bumerang. Pojawiła się na prowadzonych przeze mnie zajęciach literackich w ogólniaku, w którym przyszło mi pracować, kiedy to śmiejąc się do rozpuku układaliśmy listę Absolutnie Niezbędnych Elementów Każdej Powieści Dark Fantasy. Pojawiała się podczas niekonczących się spacerów z  Żoną po jesiennych lasach. I w końcu strzepnąłem z siebie kurz krucjat i wymyśliłem sobie głównego bohatera.

A potem to już trzeba było tylko skończyć pisanie.

Co nie było łatwe. Pisanie "Martwego Jeziora" przypominało nieco bieg przez płotki, w którym rolę płotków odgrywały coraz to kolejne, czasochłonne tłumaczenia. Bywało, że traciłem nadzieję. Bywało, że otwierałem plik z "MJ", wpatrywałem się w niego jak sroka w gnat, usilnie próbując sobie przypomnieć, o co w tym tak naprawdę chodziło... Uff, dobrze, że już koniec.

Cholera, udało się. Skończyłem. Wykonałem kolejne trudne zadanie, które wyznaczyło mi sentymentalne duszysko. Napisałem fantasy.

Nie wiem, czy to dark czy heroic i prawdę powiedziawszy wisi mi to. Osoby, które podobnie jak ja na którymś etapie życia przedawkowały "Smoczą Lancę" czy Salvatore'a, chciałem jednakże uspokoić. Świat przedstawiony w "MJ" nie jest neverlandem pełnym pięciosylabowych nazw z apostrofami, w którym triada ludzie+elfy+krasnoludy (+coś bosonogiego dla wzmocnienia komizmu) w trymfie przepędza wielkie Złoooooo (Złeeeeee, podpowiada WK666). Nie ma też drużyny w stylu wojownik+rycerz+tropiciel+mag+cheerleaderka.

Jest natomiast Zagadka.

Postacie, które tworzą fabułę "MJ", są ludźmi surowymi, doświadczonymi przez życie, cynicznymi, a każdy z nich kryje w sobie tajemnicę. Jest też tytułowe Martwe Jezioro, miejsce ponure i przeklęte, również zagadkowe. Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by czytelnik ani razu nie przestawał się zastanawiać, ani na chwilę nie przestawał zadawać sobie pytania: "dlaczego?", "jak?" i "po co?". Na część z nich bohaterowie odpowiedzą sami, odpowiedź na kolejne przyjdzie w następnych tomach.

Bo te pojawią się na pewno - o ile, rzecz jasna, powieść się przyjmie i zyska sympatię czytelników.

W przeciwieństwie do swych poprzednich powieści, w roli głównej osadziłem twardziela, oschłego, skrytego weterana, który i z samym diabłem gotów schwycić się za bary. Poprzednio unikałem tego typu postaci, bojąc się, że ktoś już zahartowany przez życie nie będzie mógł  się rozwijać, a przecież o to w porządnej fabule chodzi. Okazało się, że się myliłem, a Mads wrósił w moją wyobraźnię równie mocno jak wcześniej Gaston czy Jeremy.

Nie wiem, czy mogę więcej zdradzić. Owiane mrocznymi legendami Martwe Jezioro, grupka awanturników, którą pozornie jednoczy wspólny cel, lecz dzielą odmienne motywacje, sporo walk i ciętych dialogów, mgła, deszcz i tajemnice. Zaraza, dobrze mi się to pisało. Lubię tę książkę.

Alem się rozpisał. A na zewnątrz dalej duje, chyba pora na herbatę z miodem. Dobrej nocy!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  30 782  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28      

O moim bloogu

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z pas...

więcej...

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z paszczy, a czasami to nawet marudzi. Ale tylko czasami.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 30782
Wpisy
  • liczba: 24
  • komentarze: 240
Galerie
  • liczba zdjęć: 36
  • komentarze: 12

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl