Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 936 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

O wspomnieniach i wyczekiwaniu

niedziela, 27 listopada 2011 12:06

Ktoś kiedyś powiedział, że listopad to pora niebezpieczna dla Polaków i chyba coś w tym jest. Podczas obchodów Dnia Niepodległości biją nas Niemcy, za wynikiem wyborów zapewne stoją masoni, expose premierowi podszepnął Diaboł , a kraj od środka rozbierają ZUS do spółki z PKP. Jak jeszcze dorzucimy do tego zgon dwóch symboli narodowych na miarę naszych czasów – H. Mostowiak i k. Alika – rzeczywiście wypada się z głowę złapać i w pośpiechu dopracować jakąś teorię spiskową, by nie odstawać od reszty społeczeństwa. Swego czasu postulowałem na facebooku, by w jakiś sposób opatentować teorię spiskową dziejów jako polskie bogactwo narodowe, ale mój apel pozostał niestety bez odzewu.

Pewnie na skutek tej czy innej teorii.

Ja jednakże chciałem skorzystać z okazji i podziękować Diabołowi za kilka cennych sugestii, albowiem okazało się bowiem, że nie będziemy zalepiać dziury budżetowej krwawicą autorów. Czyli jest sens nadal pisać w kraju nad Wisłą. Zobaczymy jak długo.

Póki co chcę się zachwycać jesienią, póki jeszcze trwa, bo w telewizorze widziałem już wielką czerwoną ciężarówkę Coca Coli. Wszyscy wiedzą, co to oznacza.

Jesienne mgły przynoszą zazwyczaj powody do wspomnień. Pierwsza fala naszła mnie, gdy otworzyłem ostatni tegoroczny numer Science Fiction i ujrzałem drugą część mojego opowiadania „1410 czyli kilka słów prawdy o Grunwaldzie”. Niespodziewanie uzmysłowiłem sobie bowiem, że to mój najstarszy tekst, napisany jeszcze bodaj w klasie maturalnej na łomoczącej maszynie do pisania. Byłem wówczas pod ogromnym wpływem słuchowisk radiowych Waligórskiego, parodiujących trylogię Sienkiewicza i na pewnym etapie stwierdziłem, że ja też tak chcę. I zacząłem wypisywać własne dyrdymały.

Zabawa była przednia, zwłaszcza, gdy słuchałem rechotu zaczytanych kumpli z sąsiednich ławek. Później, gdy zmądrzałem i uzmysłowiłem sobie, iż dobrze byłoby coś z tym tekstem zrobić, pojawił się pewien problem. Otóż tekst był za długi na opowiadanie i za krótki na książkę. Wielokrotnie był przerabiany, skracany i uaktualniany, wisiał przez moment na portalach Fahrenheit i Poltergeist, trafił nawet w ręce nierzetelnego wydawcy, który najpierw zarzekał się, iż będzie sprzedawał opowiadanie podczas rekonstrukcji słynnych bitew, a potem zniknął wraz z kilkoma stosami nieudolnie wydrukowanych broszur i setką niespełnionych obietnic . Cieszę się więc, że opowiadanie to wreszcie trafiło w ręce Rafała Dębskiego, którego pozdrawiam bardzo, serdecznie. Po latach tułaczki i hibernacji „1410” wreszcie ujrzał światło dzienne w takiej formie, jaką sobie wymarzyłem.

 W międzyczasie wróciło w moje ręce „Miasteczko Nonstead”, pochlastane, pomięte i zmasakrowane przez redaktorkę. Przyznaję, że Małgosia Koczańska to pierwsza poznana przeze mnie redaktorka, która jest w stanie odebrać mi wiarę w siebie jako pisarza. Niektóre fragmenty wyglądały, jakby przeszła przez nie burza, ale przełknąłem pigułkę - jestem bardzo grzecznym pisarzem, zawsze pokornie słucham redaktorów i wierzę ich skuteczność - i wszystko wspólnie posklejaliśmy. 

I niniejszym przestaję już w tę książkę wątpić.

Przeczytałem ją bowiem na tą okoliczność bardzo, bardzo uważnie i doszedłem do wniosku, że się udało. Wepchnąłem w tą powieść dokładnie to, co chciałem. Jej klimat, postacie, wydarzenia i scenografia idealnie zbiegają się z moimi założeniami. Jasny gwint, udało się. Uff…

Nawiasem mówiąc, jest już okładka. Też idealna…

Z prawdziwym utęsknieniem czekam więc na styczeń, kiedy „Miasteczko Nonstead” wreszcie ujrzy światło dzienne.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

O jesieni i rzeczach okołojesiennych

sobota, 05 listopada 2011 16:05

Jest takie miejsce na świecie, gdzie czas płynie inaczej.

Nie dociera tam zasięg telefonii komórkowej, jedyny dostępny kanał w telewizji śnieży tak bardzo, że ledwie da się odróżnić Mana od Materny, a GPS-y stają się technologicznym dowcipem. To wszechświat rządzony przez całkowicie inne moce. To dzika, niekończąca się puszcza, pocięta rzeczkami, poznaczona bagnami i jeziorami, w chwili obecnej całkowicie owładnięta obsesją strojenia się w jesienne barwy. To miejsce, gdzie nieodmiennie zapominam o poniedziałkowo-piątkowej gonitwie i na krótką, acz bezcenną chwilę, wraz z całą rodziną dostrajam się do przyrody.

Nie, nie zdradzę, gdzie to miejsce jest. Nie wolno mi. Zdradzę natomiast, że tam właśnie napisałem ostatnie zdania „Drugiej Burzy”.

Trudno mi pozbierać myśli. Kontynuacja dziejów Madsa Voortena wyrwała mi prawie trzy miesiące życia. Łatwo rzec, że to w sumie niewiele, ale przyznam, iż był to intensywny okres. Tłukłem w klawisze dosłownie w każdej wolnej chwili – w pociągach, w przerwach między zajęciami, późno w nocy i wcześnie rano, zdarzyło mi się nawet wyrzeźbić kilka zdań w poczekalni NFZ-u i na kozetce w salonie T-Mobile. Gdy zamykałem komputer, bohaterowie nie cichli ani na chwilę. Darli się, bili, przeklinali, wrzeszczeli w mojej głowie, skutecznie rujnując magię nocnych spacerów z dworca do domu. Czuję się nieco zmęczony, ale nie na tyle, by o „Burzy” nie myśleć. Myślę i z wolna nabieram przekonania, że chyba się udało. Mam nadzieję, ogromną, nieprawdopodobnie wielką nadzieję, że po przeczytaniu ostatnich paru zdań pokręcisz z oszołomieniem głową i powiesz: „O jasna cholera”.

Mogę obiecać jeszcze parę rzeczy - bitwy, przy których starcia w „Mieczu I Kwiatach” to bijatyka na poduchy, kilka nowych smoków, serię przemian bohaterów i zimną, ponurą jesień. Tego, czy będzie kontynuacja, zdradzić nie mogę. Nie wypada : )

Pora więc na chwilkę wytchnienia, niedługą, bo w planach mam kolejną powieść. Na razie nie chcę się na jej temat wypowiadać, szepnę tylko, że chcę się w niej pokłonić jednemu z moich największych mistrzów literackich.  Jeśli wszystko dobrze się ułoży, będę kończył tą powieść na wiosnę, a w międzyczasie na półki księgarniane wypełznie kilka mortkowości. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, zimą pojawi się „Miasteczko Nonstead”, mój pierwszy horror, a po nim drugie wydanie „Ragnaroku 1940”, którego okładka przysłowiowo rozłożyła mnie na łopatki. Udało mi się też załapać do fabrycznej antologii „Bardzo mi się podobasz” z opowiadaniem „Impostorzy”, bardzo dla mnie szczególnym, bo to jedyne w moim dorobku od początku do końca poświęcone niziołkom. I jedno z dwóch, którego treść nadal wywołuje we mnie dziki chichot.

Wracam więc do pracy nad przekładem „Letter of Marque” O’Briana i kontemplacji jesiennej aury, która idealnie sprzyja łapaniu weny. Nie wiem, czy w Polsce coś udaje się równie perfekcyjnie jak właśnie jesień. Pozdrawiam!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  30 781  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O moim bloogu

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z pas...

więcej...

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z paszczy, a czasami to nawet marudzi. Ale tylko czasami.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 30781
Wpisy
  • liczba: 24
  • komentarze: 240
Galerie
  • liczba zdjęć: 36
  • komentarze: 12

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl