Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 255 106 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

O strachu

sobota, 28 stycznia 2012 14:31

Cholera, nie lubię się bać.

Marek Doskocz zapytał mnie w ostatnim wywiadzie, czy kiedykolwiek bałem się naprawdę. Przemyślałem ten temat dokładnie i doszedłem do wniosku, iż muszę – na szczęście – udzielić bardzo rozczarowującej odpowiedzi. Otóż nie. Nigdy w życiu nie naszedł mnie prrrawdziwy strach. Bywało, że się niepokoiłem, bywało, że byłem zdenerwowany, spięty bądź nawet wystraszony, ale naprawdę się bać nie miałem okazji.

W każdym razie nie tak, jak Nathaniel McCarnish w „Miasteczku Nonstead”.

Odnoszę wrażenie, iż rzadko doświadczamy prawdziwego strachu w życiu. Ba, mało kto – na szczęście! – wie, czym on tak naprawdę jest i być może dlatego strach bywa mitologizowany i demonizowany. Być może dlatego strach przyciąga jak zakazany owoc. Człowiek włączający horror na DVD czuje dreszcz emocji, gdyż wie, że za moment padnie ofiarą odczuć czystych i pierwotnych, wygenerowanych sztucznie, ale tym niemniej bardzo, bardzo prawdziwych. Taki strach kusi niczym skok na bunjee czy zjazd na nartach po stromym stoku, gdyż jest obietnicą intensywnych przeżyć.

Nic dziwnego, że wabi i kusi. Jest w końcu niegroźny. Jest oswojony i bezpieczny, da się go odpędzić włączeniem światła.

Prawdziwy strach jest inny. Nathan McCarnish podczas spotkania autorskiego w Nonstead opisał go tak:

„Lubię postrzegać strach jako odruch obronny. Podobnie jak ból, który przekazuje mózgowi informację, że coś się dzieje niedobrego z ciałem, strach mówi, że coś nie w porządku z rzeczywistością. Ostrzega nas, że pojawiło się nowe zagrożenie. Informuje, że dzieje się coś niepotrzebnego, nieprzewidzianego i o niewiadomych konsekwencjach. Rodzajów strachu jest zapewne tyle, co rodzajów bólu. Wszyscy je znamy. Narastające napięcie przed ważnym egzaminem. Szybko bijące serce na widok policjanta z drogówki. Nerwowe oczekiwanie na spóźniający się okres. Nieokreślony niepokój na widok koperty w skrzynce na listy. Telefon w środku nocy. Brak samochodu na podjeździe. (…) Sytuacje te, choć straszne, przynależą jednak do naszej rzeczywistości. Ja jednakże chciałem się skupić na pewnym szczególnym rodzaju strachu – strachu, który jest efektem zakłócenia rzeczywistości.”

Wieczorami piszę przy stole w salonie, w ciemnym pokoju, przy wyłączonych światłach. Z rzadka unoszę głowę znad komputera, głównie po to, by musnąć wzrokiem ściany w poszukiwaniu jakiegoś słowa czy synonimu. Raz mimochodem spojrzałem na okno tarasowe i zmartwiałem.

Na tarasie, tuż przy oknie, stał pies i wpatrywał się we mnie.

Nim uświadomiłem sobie, że to psisko sąsiada i przelazło przez dziurę w płocie, minęło pięć przeraźliwie długich sekund.

Innej nocy, podczas bardzo wietrznej pogody, siedziałem w pokoiku Pretendenta do Tronu i coś czytałem. Niespodziewanie z dołu dobiegł potworny, nieziemski wprost jęk, który trwał około pół minuty i ustał jak nożem cięty. I znów minęło wiele, wiele czasu, nim zrozumiałem, że puściła uszczelka w drzwiach i wiatr gra na nich jak na fujarce.

Nie, ja się do tego nie nadaję. Nie potrafię się bać i nie chcę tego robić. Należę do tych ludzi, którzy przed wyjściem nocą do ogrodu zapalą wszystkie możliwe światła, a idąc po nim wypełnią sobie profilaktycznie głowę skeczami z Monty Pythona. Za żadne skarby nie wszedłbym nocą do lasu i nigdy, absolutnie nigdy nie obejrzę po raz kolejny „Kręgu”. Niestety, długie lata grania w rpg, czytania fantastyki i wymyślania okrutnych scen do książek rozbudowało moją wyobraźnię do paraliżujących wprost rozmiarów.

Mam więc wrażenie, że „Miasteczko Nonstead” jest kumulacją moich przemyśleń w temacie strachu. Nathan, Anna i Skinner stają się ofiarami jego najbardziej wysublimowanej formy – walczą ze strachem, który wkrada się do ich życia po cichu, niemalże niedostrzegalnie i powoli odsysa ich spokój i radość z życia. Nie padają ofiarami ryczących potworów czy zombie defilujących przed domem, nie ma tu snopów światła z nieba czy krwiożerczych drzew. Bohaterowie tej książki padają ofiarami czystego przerażenia, które rozdziera ich życie prywatne na strzępy.

Bawiliśmy się takim strachem przed laty, podczas najdojrzalszego w moim życiu etapu erpegowania. Nigdy nie zapomnę sesji prowadzonych przez Michała Sołtysiaka czy Michała Kubiaka, w trakcie których snuliśmy się po sennych miasteczkach Nowej Anglii i rozgryzaliśmy ich mroczne tajemnice. Nigdy nie zapomnę zwłaszcza jednej z nich, która miała miejsce w deszczową listopadową noc. Byłem wówczas chyba przeziębiony i przez cały czas wstrząsały mną dreszcze, za oknem tańczyło targane wiatrem drzewo, a ja słuchałem i… Bałem się.

Przywołałem ten sam strach na wiosnę tego roku, gdy zacząłem pisać „Miasteczko”. Zacząłem wspominać, wymyślać i tworzyć, a postacie trójki bohaterów ożyły w mojej głowie. Niebawem byłem już tą historią owładnięty do tego stopnia, że powracała do mnie automatycznie w każdej wolnej chwili, kiedy to umysł nie był zajęty niczym innym, jak choćby podczas odkurzania podłóg czy jazdy samochodem. Oczywiście powracała również podczas nocnych powrotów do domu i wtedy chyba najszybciej nabierała kształtów. Piętnaście minut spaceru pustą drogą wśród uśpionych domów, gaików, stawów i wreszcie pól, w absolutnej ciszy i nierzadko w poświacie księżyca działał bardzo stymulująco na rozwój fabuły. Czasami aż za bardzo. Któregoś wieczoru zapędziłem się w rozmyślaniach i wyobraziłem sobie kota, który pędzi prosto na mnie, przerażony do granic. Banalny obraz, ale są chwile, kiedy człowiek nie powinien zadawać sobie pytania CO owego kota tak przeraziło. Samotny spacer wśród ciemnych pól zdecydowanie się do nich zalicza.

Pamiętam, że postanowiłem wówczas zadzwonić do kumpla. Tak po prostu, pogadać. Yeah, right.

Nawiasem mówiąc, skoro już użyłem słowa „banał”… Chyba trochę współczuję ludziom, którzy oglądają lub czytają horrory z nastawieniem: „mnie to nie rusza”. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że coś jest nie tak z ich wyobraźnią.

I tak oto powstawało „Miasteczko Nonstead”, pierwsza i chyba jedyna próba zmierzenia się ze Strachem. Mam nadzieję, że każdy z Was, który sięgnie po tę książkę, poczuje choć cząstkę emocji, które usiłowałem w nią wpakować. Jeśli mi się udało, napiszcie. Będę zaszczycony.

Cholera, właśnie sobie uprzytomniłem, że zostawiłem coś w samochodzie. Jest po 23, a ja muszę wyjść z domu. No po prostu super J.

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (32) | dodaj komentarz

O obietnicach

środa, 18 stycznia 2012 22:24

Początek nowego roku to tradycyjnie pora, kiedy skacowany naród wytrząsa sobie resztki konfetti z głowy i po odebraniu życzeń z odbiorników telewizyjnych rejestruje, iż od tego pory nie warto chorować ani też być ubogim. Warto natomiast płacić abonament, bo narażamy się na oburzenie obcokrajowców, którzy przecież również chcieli by być rozpieszczani repertuarem podobnym do naszego. Ja natomiast usiadłem przy stole, wyjrzałem przez okno, skląłem w myślach Neda Starka od łgarzy i wziąłem kartkę papieru, by zacząć snuć plany. Snułem je przez prawie trzy tygodnie, aż wreszcie przyszła zima, świat wrócił do normy i jestem gotów ujawnić wszystko to, czym Was w tym roku uraczę.

O „Miasteczku Nonstead” pisałem już tak często, że boję się wspomnieć choć słowem, by mnie nie uznano za nudziarza. Po cichu więc zdradzę, że mój pierwszy horror zjawi się na półkach księgarń już pod koniec stycznia. To dość jesienna książka i przez chwilę miałem nadzieję, że być może ukaże się w listopadzie ubiegłego roku, ale nie ma co żałować, bo aura tegoroczna będzie sprzyjać lekturze, co do tego nie mam wątpliwości. Czekam z niecierpliwością, a wątpiącym pragnę podsunąć recenzje przedpremierowe:

http://zabookowany.blogspot.com/2012/01/miasteczko-nonstead-marcin-mortka.html

http://valkiria.net/index.php?type=review&area=1&p=articles&id=15850

Nieco później można się spodziewać pierwszego tomu „Ragnaroku 1940”, mojej pierwszej powieści z gatunku rzeczywistości alternatywnej, w którym to Europa podzielona jest na chrześcijańskie Południe i pogańską, normańską Północ, a światu grozi inwazja współczesnych wikingów, uzbrojonych po zęby i nie znających litości. Wiążę z tą książką spore nadzieje, tym bardziej, że zmieniła się okładka, tym razem agresywna, brutalna i genialna w swej prostocie.

Wczoraj wieczorem skrzynka odbiorcza wypluła zredagowaną „Drugą Burzę”. Przez najbliższych kilka dni czeka mnie więc przebijanie się przez drugą część przygód Madsa i spółki, co może okazać się bardzo przyjemnie. Mam wrażenie, że pisałem tę powieść jak szalony, zupełnie jakbym pogrążył się w pisarskim amoku, a kilka dni po skończeniu pracy już wylądowała w wydawnictwie. Nie nabrałem w związku z tym należytego dystansu – ba! mam wrażenie, że nie pamiętam niektórych rozwiązań. Nadszedł więc czas, by nieco tę historię ociosać, coś niecoś dodać, coś niecoś wyrzucić i raz jeszcze odetchnąć jej nastrojem. Bo bardzo lubię tę powieść.

To tyle, jeśli chodzi o rzeczy już jasne i wiadome. Pora więc na niespodzianki, a tych jest aż trzy…

Otóż trzymam w tajemnicy to, iż od dłuższego czasu przymierzam się do zebrania opowiadań do mojej pierwszej własnej antologii. Na pewnym etapie była ona właściwie gotowa, lecz szefostwo zadecydowało, iż należałoby z niej usunąć „1410” ze względu na natłok absurdów, możliwy do strawienia dopiero po podzieleniu opowiadania na kawałki. Pozostała więc luka, którą od roku usiłowałem wypełnić najróżniejszymi pomysłami, aż z zaskoczeniem uświadomiłem sobie, że praca dobiegła końca. Z jeszcze większym zaskoczeniem skwitowałem fakt, iż uzyskałem coś na kształt „The Best of”. Otóż mam tam zarówno opowiadanie wikińskie jak i krucjatowe (nota bene mój ukłon w stronę fanów „Miecza i kwiatów”…), jest magiczna historia osadzona w realiach drugiej wojny światowej, jest opowiadanie karaibskie, powiązanie postaciami głównych bohaterów z „Karaibską Krucjatą”, jest moje pierwsze opowiadanie postapokaliptyczne, jest opowiadanie hobbickie, a nawet opowiadanie szkolne, te ostatnie dwa napisane tylko i wyłącznie dla śmiechu. Mam więc nadzieję, że trafię tą antologią do serc ludzi, który lubią wyznawanie przeze mnie klimaty, bo też klimat i nastrój to znak rozpoznawczy tego tomu.

Tytułu jeszcze nie wymyśliłem, ale niewykluczone, iż będzie to „Czas bohaterów” lub „Wieczór przed egzekucją”. Ten ostatni tytuł jest zarazem tytułem opowiadania dla mnie szczególnego, ostatniego w tomie i będącego prequelem do mojej najnowszej powieści, noszącej roboczy tytuł „Listy lorda Bathursta”.

Winę za tę książkę ponosi jeden z szefów Fabryki Słów, Robert Łakuta, który zagadnął mnie kiedyś słowami: „Ty, a może byś coś w stylu O’Briana wykombinował?”. Wytrzeszczyłem szeroko oczy, bo nigdy by mi do głowy nie przyszło, by wedrzeć się na pole zdominowane przez mego Mistrza, ale wyzwanie przyjąłem. Najpierw długo myślałem nad konwencją, wydarzeniami i postaciami, co było dość frustrujące – jestem bowiem tak zżyty z postaciami Jacka i Stephena, że bardzo łatwo byłoby mi popełnić nieświadomy plagiat. Musiałem więc wymyślić bohatera, który będzie ich całkowitym przeciwieństwem i tak oto powstał kapitan Peter Doggs, złośliwy, wredny sukinsyn, który zna się na ludzkich charakterach lepiej od Diabła, a mimo to robi sobie dziesięciu wrogów na jednego przyjaciela, człowiek nieprzejednany i nieustępliwy zarówno w miłości jak i nienawiści, znakomity żeglarz, niezniszczalny wojownik i  bezczelny ryzykant. I mój nowy idol.

Zbyt wielu szczegółów zdradzić nie mogę, ale nadmienię, iż wydarzenia rozgrywają się na przełomie roku 1800 na okręcie wojennym zmierzającym do Holenderskich Indii Wschodnich. Treść zaś – mam nadzieję – okaże się intrygująca zarówno dla fanów bitew morskich jak i intryg szpiegowsko-kryminalnych. Niebawem zamieszczę na blogu jakiś fragment. Niedługo też zapewne ją skończę – do pracy usiadłem gdzieś na początku grudnia, a teraz, w połowie stycznia, mam około 350 tysięcy znaków. Nie wiem – autentycznie nie wiem – kiedy to wszystko napisałem. Nie pamiętam książki, którą pisałbym z podobnym ogniem.

Na deser – „Tappi z Szepczącego Lasu”. Z radością piszę te słowa, bo spełniło się jedno z największych marzeń mojego życia. Antologia bajek, które napisałem kiedyś dla Następcy Tronu, trafiły pod troskliwą opiekę Pani Agnieszki z wydawnictwa Zielona Sowa i w tej chwili oczekujemy na oficjalnie zatwierdzoną okładkę. Książka ma wyjść dopiero na wiosnę, a ja już urosłem o kilka centymetrów.

Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie. Do następnego wpisu!

P.S. Ten zaś dedykuję PKP, która na widok śniegu na wszelki wypadek opóźniła pociąg o prawie godzinę. Zastanawiam się, czy gdyby nie spóźnienia na kolei, napisałbym choć połowę tego, co napisałem… J


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

czwartek, 29 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  30 066  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z pas...

więcej...

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z paszczy, a czasami to nawet marudzi. Ale tylko czasami.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 30066
Wpisy
  • liczba: 24
  • komentarze: 234
Galerie
  • liczba zdjęć: 36
  • komentarze: 12

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl