Bloog Wirtualna Polska
Są 1 204 304 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

O Tappim

niedziela, 11 listopada 2012 20:09

Ci, którzy mówią, że zaniedbuję swego bloga, mają rację. Ci, którzy twierdzą, że się lenię, bynajmniej. Tak się jakoś dziwnie składa, że od dawna nie pracuję nad niczym, co skłoniłoby mnie do podzielenia się refleksjami.

Może więc w zastępstwie refleksji podzielę się kawałkiem czegoś nowego?

Panie i Panowie, oto pierwszy rozdział "Przygód Tappiego na Szumiących Morzach":

 

Opowieść pierwsza,

W której znów spotykamy się z Tappim i poznajemy jego wielkie marzenie.

 

Daleko, daleko stąd, w przytulnej, ciepłej Chacie gdzieś w Szepczącym Lesie mieszkał sobie wiking o imieniu Tappi. Być może znasz już go z poprzednich opowieści i pamiętasz, że to olbrzym ponad olbrzymy, być może nawet wyższy od twego Tatusia! Tappi ma bowiem długą brodę, ogromne brzuszysko, wielki nochal, ale mimo to nikt się go nie boi. Wystarczy bowiem spojrzeć w jego roześmiane oczy, by wiedzieć, że jego serce jest równie wielkie jak brzuch, a uśmiech jest tak ciepły, że ma moc topienia lodu. Z tego właśnie powodu Tappi ma w Szepczącym Lesie wielu przyjaciół. Największym jest oczywiście wesolutki, choć nieco tchórzliwy renifer Chichotek oraz gadatliwy kruk Paplak, ale nie wolno zapominać o niedźwiedziu Brzuchaczu, wiewiórce Śmigaczce, bobrze Chrobotku i wielu, wielu innych zwierzętach.

Oczywiście Tappi przyjaźni się również z ludźmi, ale za największych swoich przyjaciół uważa dzieci. Dlaczego? Jeśli znasz jego poprzednie przygody, to pewnie  doskonale pamiętasz. Otóż dzieci nie potrafią się długo martwić, wspaniale się bawią, głośno śmieją, a do tego uwielbiają słodycze, dzięki czemu Tappi znakomicie się z nimi dogaduje.

Nie możemy również zapomnieć o tym, że Tappi jest wikingiem! Czy Mamusia lub Tatuś mówili Ci może, kim byli wikingowie? Otóż w dawnych czasach na dalekiej Północy żyli odważni, wojowniczy ludzie, którzy wiosną zsuwali na wodę wielkie statki i płynęli na dalekie wyprawy. Odkrywali nowe lądy, zakładali królestwa, handlowali, walczyli i zdobywali skarby, a na jesień wracali do swych rodzin, by opowiedzieć o swych przygodach. Było wśród nich wielu złych ludzi o czarnych sercach, ale Tappi wcale do nich nie należał. Z innymi wikingami łączyła go tylko miłość do morza i tęsknota za przygodami.

Jednego z pierwszych dni wiosny, niedługo po ślubie olbrzyma Głabrzycha z wiedźmą Skrzypichą, Tappi wraz z nieodłącznym Chichotkiem przyszli nad brzeg Lodowej Zatoki. Słońce złociło się na niebie, dzikie wichry spały za dalekimi górami, a wokół zieleniły się rozbudzony po zimie las. Dzień był tak piękny i tak ciepły, że Lodowa Zatoka aż zaczęła wstydzić się swej nazwy. Tappi postanowił z nią o tym porozmawiać i dodać jej otuchy, kiedy nagle usłyszał stukanie młotków.

- Hej, to Sigurd i Haste! – zawołał radośnie. – Zabrali się do budowy statku!

Nie mylił się – myśliwy Haste i kowal Sigurd, których Tappi poznał podczas rozprawy ze złym jarlem Surkolem, ułożyli na brzegu stosy desek i raźno stukali młoteczkami, aż się echo niosło.

- Witaj, Tappi! – zakrzyknęli radośnie. – Czekamy na ciebie całe rano! Gdzieś ty bywał?

- W domu! – zawołał Chichotek. – Myślicie, że tak łatwo jest zjeść śniadanie z dwunastu jaj i dziesięciu kiełbasek?

Zapewne Mamusia lub Tatuś mówili ci już, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Nasz wiking mocno w tę zasadę wierzył, ale bywało, że jedzenie zajmowało go tak bardzo, że zapominał o całym świecie. Tak było i tym razem, tak więc nieco zawstydzony zakasał rękawy i podbiegł, by pomóc Sigurdowi i Hastemu.

- Jakoś się zasiedziałem! – powiedział przepraszającym tonem. – Ale zjadłem tyle, że mam teraz mnóstwo siły do pracy! Od czego zaczynamy?

- Przywieźliśmy deski od kupca Pasibrzucha! – oznajmił Sigurd. – Trzeba je teraz porządnie oheblować, a potem zaczniemy zbijać! Będziesz miał najwspanialszy statek na świecie?

- Tappi… - bąknął Chichotek. – Czy my naprawdę musimy budować akurat statek? Nie mogłaby to być na przykład… Na przykład stajenka dla reniferów?

Wszyscy przerwali pracę i spojrzeli na renifera, któremu na widok desek, młotków i pracujących przyjaciół mocno zrzedła mina.

- Jak to? – zdziwił się Haste. – Zawsze sądziłem, że renifery lubią podróże.

- Owszem, ale na własnych nóżkach – odparł Chichotek. – I to najlepiej po spokojnych krainach. Z Tappim to jednak niemożliwie! Nie dość, że zawsze wędrujemy aż po horyzont, to jeszcze natrafiamy na smoki, olbrzymy, trolle, wodniki i inne licha, pływamy, skaczemy, fruwamy, turlamy się… Zwariować można! Renifery takich rzeczy nie robią!

Cała trójka śmiała się tak głośno, że nawet Echo się zdziwiło.

- Owszem, Chichotku, zwykłe renifery tego nie robią – oznajmił Sigurd. – Ale ty jesteś niezwykły!

- Poza tym bez twoich świetnych pomysłów Tappi nie dałby sobie rady! – dodał Haste. – Musi mieć kogoś, kto będzie go wspierał.

- Nie zapomnij też, że szybko wrócimy – stwierdził Tappi. – Lato nad Lodową Zatoką jest zbyt piękne, by je spędzić gdzieś indziej.

Pocieszony nieco Chichotek westchnął ciężko.

- No dobra – powiedział. – To w czym mogę pomóc?

Podczas pracy tak skomplikowanej jaką jest budowa statku znajdzie się zadanie nawet dla małego renifera. Przez jakąś godzinę Chichotek nakłuwał więc różkami deski w miejscach, gdzie należało wbić gwoździe,  a potem się znudził i zajął się brykaniem wzdłuż brzegów. W jego miejsce pojawili się inni, gotowi do pomocy. Niedźwiedź Brzuchacz, najsilniejszy w całym Szepczącym Lesie, podawała największe fragmenty, bóbr Chrobotek, niezrównany stolarz, odpowiednio przycinał deski, a malutka wiewiórka Śmigaczka zalepiała dziury i szczeliny. Kruk Paplak siedział na drzewie i z mądrą miną udzielał rad pracującym. Po południu pojawił się olbrzym Głabrzych, który przytaszczył nowy zapas drewna, a potem przyleciała na miotle wiedźma Skrzypicha i ugotowała przepyszną polewkę. Przybył nawet kupiec Pasibrzuch, który co prawda sam do pracy się nie garnął, ale za to podarował pracującym znakomite gwoździe, liny i materiał na żagiel. Nic więc dziwnego, że pod koniec dnia statek zakołysał się na falach Lodowej Zatoki.

Tappi ujął się pod boki i przyjrzał mu z dumą. Stateczek był piękny, zgrabny i wiking nie miał wątpliwości, że świetnie da sobie radę na Szumiących Morzach.

- Wspaniała robota! – zawołał. – Będzie trochę ciasno, ale jakoś się pomieścimy.

- To nie wszystko – odezwał się Sigurd i pokazał Tappiemu rzeźbę z drewna. – Sam dobrze wiesz, że okręt prawdziwego wikinga musi mieć smoczy łeb na dziobie. Masz wielkie serce i mnóstwo odwagi, Tappi, ale na żeglowaniu się nie znasz. Zrobiłem więc dla ciebie taki łeb, który zawsze wskaże ci drogę i doradzi, gdy będziesz miał problem.

Trzymana przez Sigurda rzeźba w istocie przypominała smoczy łeb, który nagle żartobliwie do Tappiego mrugnął.

- Ode mnie zaś dostaniesz łuk, z którego zawsze trafisz do celu – powiedział Haste. – Wiem, że nigdy myśliwym nie zostaniesz, ale podczas długich morskich podróży może ci się bardzo przydać.

Tappi przyjął oba podarunki i podziękował przyjaciołom, ale wtedy ogarnęły go złe przeczucia.

- Hej, zaraz! – otworzył szeroko oczy ze zdziwieniem. – Czy to oznacza, że wy dwaj nie wybieracie się ze mną?

- Tak – westchnął Sigurd. – Chciałbym z tobą popłynąć, Tappi, ale przecież mam swoją kuźnię!

- A ja muszę wracać do mojej rodzinnej Dębinki – stwierdził Haste. – Kto będzie zaopatrywał moich przyjaciół w mięso? Kto ochroni ich przez niebezpieczeństwami?

- Rozumiem. – Tappi pokiwał głową ze smutkiem. – Ale zobaczymy się jeszcze, prawda?

- Na pewno! Obiecujemy! – Uśmiechnęli się Sigurd i Haste.

- To może zaśpiewamy sobie na pożegnaniu? – zaproponował Tappi, całkiem już udobruchany.

- Nie, nie, tylko nie to! – zaprotestował gwałtownie Sigurd, któremu Paplak zdążył już opowiedzieć o absolutnym braku talentu muzycznego u Tappiego. – Nie chcemy przecież, by z gór zeszła lawina i zwierzęta pouciekały z lasów.

- Może lepiej rozpalmy ognisko na polance przy Chacie i urządzimy sobie pożegnalną ucztę? – zaproponował Haste.

Słowo „jedzenie” miało dla Tappiego ogromne znaczenie, tak więc zgodził się natychmiast. Tego wieczoru drzewa w Szepczącym Lesie przyglądały się wysokim płomieniom przy Chacie i słuchały historii o dalekich krajach, opowiadanych przez Hastego, Sigurda i Paplaka. Tappi zaś siedział zadumany i słuchał. W głębi swego wielkiego serca czuł, że będzie tęsknić za Chatą i Szepczącym Lasem, ale z drugiej strony wiedział, że jego ochota na przygody rośnie z każdą chwilą i w końcu musi jej ulec.

„Dalekie podróże bywają niebezpieczne – pomyślał, kładąc się do swego łóżka i nakrywając się kocem. – Ale skoro mam tak wspaniały okręt i takiego przyjaciela jak Chichotek, czy coś złego może mi się przytrafić?”

Pokrzepiony tą myślą, zapadł w głęboki sen, a następnego dnia rano zjadł potężne śniadanie – a jakże by inaczej! – pożegnał się z przyjaciółmi, ukłonił się Szepczącemu Lasowi, wziął Chichotka pod pachę i odpłynęli na Szumiące Morza.

A ty, jeśli chcesz się dowiedzieć, co się wydarzyło dalej, opatul się cieplej kołdrą i poproś Mamusię lub Tatusia o przewrócenie kartki…

 

Do usłyszenia!


Podziel się
oceń
7
0

komentarze (22) | dodaj komentarz

O "Rebeliancie", kosmicznym wyzwaniu i oczekiwaniach

czwartek, 19 lipca 2012 22:15

Przejrzałem w myślach ostatnie trzy miesiące w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie podstawowe: dlaczego, u licha, nie zaglądałem tu aż tak długo?

Nie mogę zwalić winy na lato, bo nawet największe upały nie wywołują u mnie spowolnienia myśli twórczej. Nie mogę obwinić piłkarskiej kopaniny, gdyż tę cierpliwie zignorowałem, a w gry komputerowe tradycyjnie nie grywam. Nie mogę wytłumaczyć się nawet urlopem, gdyż z wakacji zwinęliśmy się cichcem, gdy tylko rozpoczął się prawdziwy sezon (nawiasem mówiąc, dzięki temu należę do tych nielicznych, którzy podczas wczasów nad morzem widzieli morze).

Prawdziwą przyczyną są więc chyba książki, nad którymi pracowałem bez chwili wytchnienia, po nocach, w pociągach, bladym świtem i kiedy się dało. Kurz po bitwie powoli opada, czas więc potrząsnąć łepetyną i podliczyć pozycje.

Na pierwszą pozycję wysuwa się„Rebeliant” (ang. „Legend”) autorstwa niejakiej Marie Lu, ciekawa historia o niebanalnej miłości w koszmarnym świecie, którą przełożyłem dla wydawnictwa Zielona Sowa. Przyznam szczerze, iż książka zaskoczyła mnie całkiem i tu pozwolę sobie wkleić kilka zdań ze słowa wstępnego, które do niej napisałem:

„Mimo intrygującego tytułu – po angielsku książka zwie się „Legend” – miałem przeczucie, iż książka opowiada o miłości. Dla mnie, człowieka nawykłego do huku salw burtowych, ryku demonów i szczęku oręża, historie miłosne nie są naturalnym środowiskiem. Pokonałem jednak nieufność, otworzyłem powieść na pierwszej stronie, zaparzyłem kubek mocnej herbaty i…

I wciągnęło mnie.

Wciągnęło mnie do tego stopnia, że przełożenie „Rebelianta” zabrało zaledwie sześć tygodni. Zafascynował mnie świat przedstawiony, surowo rządzony, brutalny, pełen strachu i niemalże pozbawiony nadziei. Urzekli mnie główni bohaterowie – June oraz Day – z którymi przez sześć tygodni włóczyłem po świecie „Rebelianta”. Wreszcie wędrówka dobiegła końca i mogę śmiało rzec, że stałem się ich fanem.

Ja, tłumacz, człowiek cyniczny i zdystansowany, stałem się fanem przekładanej powieści. Koniec świata…

Nie mogę się doczekać drugiego tomu.”

A pojawi się wkrótce, a wraz z nim film, gra komputerowa i Herne jeden wie co jeszcze. Marie Lu zafundowała czytelnikom niezłą torpedę rozrywkową.

Kolejnym pisarskim tabu, jakie pozwoliłem sobie złamać, było science fiction. Ci z Was, którzy regularnie (?) czytują tego bloga, pamiętają zapewne, jak w jednym z wpisów próbowałem odreagować traumę po przełożeniu antologii science fiction dla Fabryki Słów. Zarzekałem się wówczas, że to nie dla mnie, że nigdy więcej, że ja nie umiem itp. Skończyło się to tym, że przemyślałem uważnie zaskakującą propozycję ze strony Pani Redaktor z Zielonej Sowy, poszedłem do pokoju Następcy Tronu, przewertowałem kilka albumów o Układzie Słonecznym, westchnąłem ciężko i zgodziłem się. A potem przeklinałem sam siebie, że podjęcie decyzji zabrało mi aż tyle czasu, bo pisanie okazało się bardzo fajną przygodą. Książka na razie nosi tytuł roboczy, którego nie zdradzę, żeby nie wywoływać mylnych skojarzeń, ale nadmienię, że napisałem ją z myślą o czytelniku w wieku 10-13 lat (choć górny limit, jak wszyscy wiemy, to kwestia baaardzo umowna). Ten zaś znajdzie tam Obcych, szaloną gonitwę po planetach i księżycach naszego układu, serię tajemnic, kilka osobliwych ras, parę nieprzemyślanych decyzji i przynajmniej jeden porządny wybuch, a do tego orbitalną śmieciarkę, nibykota i cząstkę siebie.

I co tam jeszcze? Ano przełożyłem na naszą mowę przaśną pierwszy rozdział „Wojny w Blasku Dnia” Bretta, o którym złośliwie nie powiem nic poza tym, że mnie zachwycił. „Morza Wszeteczne” zostały ukończone, wypolerowane i wychuchane, ale los tej książki jest na razie niejasny. Nie wiem też nic na temat przyszłości drugiego tomu „Ragnaroku 1940” ani kolejnego tomu O’Briana. Skoro natura nie znosi próżni, żongluję już w głowie kilkoma nowymi pomysłami, a póki co z niecierpliwością czekam na premierę „Listów lorda Bathursta”.

Pisałem tę powieść stosunkowo szybko – zanadto mnie wciągnęła – a potem zaraz przeskoczyłem do innego projektu i nim wróciła od redaktora, zdążyłem wiele zapomnieć. Czytałem ją więc z przyjemnością i z narastającym napięciem. Nie powinienem takich rzeczy mówić ani tym bardziej pisać, ale podoba mi się. Uzyskałem mniej więcej ten efekt, na którym mi zależało, a dzięki celnym uwagom redaktorów Tomka Hogi i Michała Kubiaka powieść została wypolerowana zarówno językowo jak i historycznie. Gdybym miał ją określić gatunkowo, uznałbym, że to sensacyjno-szpiegowski dramat kostiumowy. Gdybym miał znaleźć dla niej przegródkę w sercu, uznałbym, że to mój pomnik ku czci morza, Royal Navy oraz prozy Patricka O’Briana. Gdybym miał ją do czegoś przyrównać, powiedziałbym, że ma coś zarówno z powieści „Stacja arktyczna „Zebra” jak i z serialu „Mentalista”. Gdybym miał wyszukać w niej największe atuty… Ba, nie wiem. Bitwy morskie? Pojedynki na intrygi? Ociekające sarkazmem dialogi? Rozszalały, miotający się Doggs? W każdym razie, zostawiłem w tej książce spory kawałek serca, chyba największy od czasów „Miasteczka Nonstead”.

 Fabryka Słów wszczęła już potężną kampanię propagandową wokół „Listów…”  i tak oto pod tym adresem http://secretum.pl/konkursy/konkurs-graficzny-listy-lorda-bathursta.html można znaleźć „Wieczór przed egzekucją”, opowiadanie otwierające powieść i stanowiące swoisty prolog, a także związany z nim konkurs dla grafików. Pod tym adresem zaś http://www.wiadomosci24.pl/artykul/na_pelnych_zaglach_wywiad_z_marcinem_mortka_237266.html znajduje się wywiad przeprowadzony przez Michała Mazika, w którym spowiadam się z kulisów powstawania „Listów”. Ciekawe, co będzie dalej.

Przyznam szczerze, że jednym z moich największych pisarskich marzeń jest stworzenie serii, mogącej rywalizować z cyklem Cornwella o Sharpe’ie bądź Forestera o Hornblowerze. Być może „Listy lorda Bathursta” to początek realizacji tego marzenia. Tomek Hoga sprowokował mnie do zostawienia otwartego zakończenia. Przyszłość pokaże, czy coś z tego wyniknie.

A na zakończenie historia z zupełnie innej beczki. Od poniedziałku rozpoczynam nadawanie z Islandii. Na stronie Głosu Wielkopolskiego publikować będę dzień po dniu opis wycieczki po wyspie mgieł i tajemnic, którą będę pilotować. Zapraszam wszystkich, którzy chcą poznać największe źródło moich inspiracji.

Stay tuned!

 


Podziel się
oceń
0
4

komentarze (17) | dodaj komentarz

O wiośnie, opowiadaniach i "Morzach Wszetecznych"

wtorek, 24 kwietnia 2012 10:59

Ani się człowiek spostrzegł, a znikły sznury gęsi i kaczek, od pewnego czasu ciągnące się po niebie. Uwagę dla odmiany przyciągnęli osnuci dymami panowie w pomarańczowych kamizelkach, reperujący dziury w jezdni. Oto dwa najistotniejsze sygnały, iż nastała wiosna.

Jakkolwiek bezwzględnie zaliczam się do typów jesienno-zimowych, rozkoszujących się wiatrem, deszczem i rozpierduchą, wiosna tego roku sprawia mi wyjątkową radość. Może dlatego, że w moim pisarskim światku dzieje się aż tyle. Z trudem znalazłem chwilę, by zasiąść do tej notki, gdyż bez przerwy pojawiają się coraz to kolejne wyzwania. Najpierw zasiadłem do opowiadania osadzonego w realiach gry Resident Evil, które to pod nazwą „Ghilan” znalazło się w ostatnim numerze „Komputer Świat”. Następnie przyszło mi zmierzyć się z realiami piracko-fantastycznymi podczas pracy nad opowiadaniem promocyjnym do gry Risen II, a zwącym się „Błędny Rycerz”. Na sam koniec przyszło mi zabrać się za „Zrzut”, opowiadanie do kolejnej antologii wojennej Fabryki Słów. Główny temat antologii nie został jeszcze publicznie ogłoszony, tak więc perypetiami i problemami, które opadły mnie podczas pisania, podzielę się przy innej okazji, a na razie dodam tylko, że jestem zadowolony. W przerwach między opowiadaniami pisałem kolejną powieść, kreśliłem konspekty następnej książki dla dzieci i przymierzałem się do nowego tłumaczenia, a więc naprawdę działo się sporo.

W międzyczasie jednakże odbył się Pyrkon i po prostu nie mogę nie wspomnieć o tej imprezie choćby słowem. W Necie nadal pojawiają się peany na temat rozmachu, ilości atrakcji czy też rekordowej frekwencji, tak więc pozwolę sobie wspomnieć o jednym niewielkim detalu tej imprezy, niezwykle dla mnie ważnym. W piątkowy wieczór odbyła się premiera „Przygód Tappiego z Szepczącego Lasu”, mojej pierwszej książki dla dzieci.

Pamiętam, że o Tappim pisałem na tym blogu krótko po zakończeniu pracy nad manuskryptem, jakoś tak w Wielkanoc ubiegłego roku. Pisałem wówczas z nie lada niepokojem, iż znów stałem się debiutantem i zaraz przyjdzie mi szukać wydawcy. Szczęśliwy los sprawił, że w rok później wróciłem do domu ze naręczem pięknie wydanych książeczek w sztywnej oprawie.

Wszystkich czytelników dużych i małych, którzy chcieliby poznać Tappiego, zapraszam na stronę www.teleportujsie.pl , gdzie znajdziecie nieco materiałów na temat „Przygód” oraz przepiękne słuchowiska, oparte na trzech pierwszych rozdziałach.

Nawiasem mówiąc, jestem dumny, że właśnie Pyrkon jest patronem tej książki.

Co do literatury dziecięcej mam pewne bardzo wyraźne plany, ale te na razie zachowam w tajemnicy. Zdradzę natomiast kilka szczegółów odnośnie książki, która od dwóch miesięcy zaprząta mój wolny czas. Do jej napisania zainspirowało mnie wspomniane wyżej opowiadanie „Błędny rycerz”, pełna huku, wrzasku i dymu piracka historia o kapitanie Rolandzie i jego dzikiej zgrai. Po serii przeróbek stało się ono pierwszym rozdziałem powieści pod roboczym tytułem „Morza Wszeteczne”, która być może okaże się miłym prezentem dla fanów „Karaibskiej Krucjaty”. Nie znajdziecie tam co prawda Billy’ego, Edwarda i Vincenta, ale jestem przekonany, że Roland i jego chłopaki wynagrodzą to z nawiązką. W powieści tej próbuję połączyć klimaty magiczno-fantastyczne z piracko-sadystycznymi i póki co znakomicie się przy tym bawię. Przeraża mnie różnorodność tematów, za jakie się ostatnio biorę, ale w Fabryce Słów obiecano, że przyjmą rachunek za leczenie psychiatryczne. Nie ma więc obaw, piszę dalej. Pierwsze fragmenty niebawem… J

W międzyczasie na rynku pojawiła się już „Druga Burza”, dawno zapowiadana druga część „Martwego Jeziora”. Została przyjęta bardzo miło, o czym świadczy chociażby ta recenzja (http://lubimyczytac.pl/ksiazka/121407/druga-burza), a wszystkich niecierpliwych pragnę zapewnić, iż jeśli wydawnictwo zapali zielone światełko, z największą przyjemnością zasiądę do napisania trzeciego tomu. Jego roboczy tytuł to „Wędrówka w mroku”.

To na razie na tyle. Wracam na „Morza Wszeteczne”, a niebawem zaprezentuję pierwszy oficjalny fragment powieści.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (32) | dodaj komentarz

O czasie i jego braku

sobota, 10 marca 2012 15:21

Otwieram drzwi i wychodzę prosto na gwiazdy. Znad pól wieje chłodny wiatr, gdzieś przemykają sarny. Jest około piątej nad ranem – czas, kiedy kawa smakuje najlepiej, modlitwa trafia bezpośrednio do adresata, a marzenia stają się najbardziej wyraziste. Jest to też czas, kiedy zwykły spacer na dworzec nabiera magicznego charakteru.

Nic więc dziwnego, że po kilkunastu krokach znów zaczynają mi gadać w głowie. Najpierw kapitan Peter Doggs, potem porucznik Burlington, pan Stirling i reszta. Idę i słucham.

Nadjeżdża pociąg, oświetlone na biało akwarium pełne śpiących ludzi. Wciskam się do środka, staję między człowiekiem, którego świat zaczyna się i kończy na trzymanej w ręku bułce, i dziewczyną, zagubioną w swej muzyce. Ktoś jej gra na skrzypcach, ktoś inny śpiewa, lecz niestety po chwili repertuar zmienia się na bardziej elektroniczny.

Na szczęście dostrzegam kawałek pustego stopnia. Siadam, wyciągam komputer i umykam…

 

„Kapitan nie słuchał jego wyjaśnień. Gwałtownie rozłożył mapę na stole i przez chwilę przyglądał się rafom i skałom  na południe od archipelagu, a potem wybiegł na zewnątrz, zapominając o płaszczu. W kilku susach znalazł się na pokładzie rufowym.

- Załoga, do szotów i brasów! Refy na fokmarsel i grotmarsel! – huknął głośniej. – Panie Edwards, kurs na północ. Panie Samuelson, gratuluję intuicji.

Nim ogromny nawigator zdołał zadać choćby jedno pytanie, na wymarłym do tej pory pokładzie zaroiło się od ludzi. W niemalże całkowitej ciszy marynarze przypadli do lin i zaczęli ciągnąć,  inni poczęli się piąć na reje, a sternik pchnął koło sterowe. „Stjernen” zaskrzypiała i powoli zaczęła zmieniać kurs. Doggs spojrzał na niebo, dalej bezchmurne i bezgwiezdne, próbując obliczyć czas, pozostały do świtu.

- Cholera jasna – szepnął i z niepokojem spojrzał w ciemności, kłębiące się za kilwaterem. – A jeśli naprawdę się zawziął?

Ledwie widoczne, ciemne bryły wysp przesuwały się na horyzoncie. Wiatr zmienił melodię, okręt przyspieszył pomimo zmniejszonej powierzchni żagli. Doggs studiował mapę w świetle naktuza.

- Zechce pan spojrzeć, Samuelson – rzucił. –Wydaje mi się, że nie dotarliśmy jeszcze na tyle blisko Scilly, by bać się najdalszych raf.

Nawigator pokiwał głową w milczeniu.

- Rzućcie log! – Doggs rozkazał kilku bezczynnym marynarzom. – Przy prędkości sześciu węzłów zdołamy…

- Okręt przed nami! – krzyknął marynarz na oku. – Okręt na prawo od dziobu!

- Co? – Doggs poderwał głowę…”

(wszystkie cytaty pochodzą z powieści "Listy lorda Bathursta", której wydanie planowane jest w Fabryce Słów latem tego roku)

 

SJO Empik o szóstej trzydzieści to bardzo przyjazne miejsce, ciche, przytulne, nieco rozespane. Szybko robię potrzebne kserokopie, wertuję podręcznik w poszukiwaniu ewentualnych min, parzę kolejną kawę i taszczę to wszystko do sali. Potem znów łapię netbooka i umykam w ustronne miejsce. Wpycham do uszu słuchawki, by zaimpregnować się na morning chitchat i znów umykam…

 

W tej samej chwili rozległ głuchy pomruk, a horyzont rozświetliła seria rozbłysków. Salwa trwała zaledwie chwilę, ale wystarczyło, by Doggs rozpoznał okręt wojenny, zapewne fregatę. Wystarczyło też, by zrozumiał, że nieznajoma jednostka jest przerażająco blisko.

- Zaczaił się tu na nas… - szepnął. – Zrzucić refy z marsli! Kurs zachodni ku północy! Postawić wszystkie kliwry i foksztaksel!

- To niemożliwe – szepnął Parker, który niespodziewanie wyrósł tuż przy dowódcy.

- Słyszał pan rozkazy, panie Parker?

Kule wzburzyły wodę kilka, kilkanaście kabli od burty. W chwilę później nad pokładem „Stjernen” zabielały kolejne płótna, a okręt skoczył do przodu jak koń żgnięty ostrogą. Wychylony nieco pod naporem baksztagu, sunął w stronę otwartego morza. Doggs nie spuszczał oka z obcego okrętu, który również zaczął stawiać żagle. Z całej siły zaciskał dłonie na relingu, usiłując przeniknąć mrok.

Kolejny pomruk, seria rozbłysków od dziobu aż po rufę. Ostatni wystrzał na ułamek sekundy opromienił banderę.

- Piekło i szatani! – wrzasnął Doggs, zapominając o swoim opanowaniu. – To Royal Navy!

Jedna z kul przebiła bezan kilka stóp nad jego głową, inna ze świstem przedarła się przez takielunek, któraś grzmotnęła w burtę…”

 

Z powodów dla mnie całkowicie niezrozumiałych zajęcia na godzinę siódmą rano to istna beczka śmiechu. Choć raz na jakiś czas wypowiedzi przerywają potężne ziewnięcia, wszyscy pracują z ochotą. Co chwila ktoś żartuje, ktoś inny zadaje pytanie, ktoś opowiada anegdotę, wszyscy wybuchają śmiechem. Mało kto myśli o pracy, nikt nie używa polskiego, na półtorej godziny zamykamy się w świecie języka angielskiego.

O ósmej trzydzieści towarzystwo rozchodzi się z wyraźnym ociąganiem do pracy bądź na zajęcia, a ja gnam do ksera, taszczę kolejną porcję podręczników, w panice sprawdzam to i owo, dolewam do kubka czegoś życiodajnego, po czym patrzę na zegarek i odkrywam, że mam piętnaście minut. Idealnie. No to wnikam…

 

- Oświetlić okręt! – krzyczał Doggs, odruchowo kryjąc głowę. – Latarnie na rufie i na relingu rufowym! Tom! Niech ktoś leci do mojej kajuty i każe Tomowi zapalić wszystkie światła! Panie Parker, proszę wystrzelić z rufowych pościgówek!

„Na rufie nagle zajaśniało, a niewyraźne twarze nabrały wyrazistości. Doggs przypadł do burty, by ujrzeć, czy duńska bandera jest należycie widoczna, a wtedy poczuł na sobie wzrok Samuelsona. Brodaty nawigator pokręcił powoli głową.

 - Nie ma wyjścia! – warknął. – Ten okręt bierze nas za korsarza! Musi zobaczyć duńską flagę!

- Myśli pan, że uwierzy? – Samuelson zmarszczył brwi.

- Jasna cholera – mruknął Doggs, wstrząśnięty oczywistością słów nawigatora.

„Boże, cóż ze mnie za idiota – pomyślał. - Nie tak dawno sam się chwaliłem Stirlingowi, jakie to bandery w życiu wieszałem…”

Zaczerpnął tchu, by wyrzucić z siebie kolejną serię komend, lecz wtedy na dziobie nadciągającej fregaty pojawił się pierwszy rozbłysk, a potem drugi, trzeci…

- Padnij!

Ryk dział i świst przelatujących kul rozległy się jednocześnie. Na jego oczach któraś musnęła grotmaszt, inna rozdarła siatkę z hamakami, kolejna rozbiła falszburtę na kawałki. Leżąc na pokładzie czuł, jak drży kadłub, trafiony kilkakrotnie nad linią wodną. Na dziobie wrzeszczeli ranni.

- Raport o uszkodzeniach! – ryknął po ostatnim wystrzale.

- Okręt sterowny, sir! – krzyknął sternik.

- Takielunek cały! – huknął Parker.

- Zanieście rannych pod pokład! Żywo, żywo!

 

Około dziesiątej trzydzieści energii starcza tylko na tyle, by się spakować, ubrać i poczłapać. Myśli, zamiast śmigać po głowie, wleką się jak padalce, ale gdzieś w tyle nadal słyszę głos Petera Doggsa, na tyle głośny, bym nie miał wątpliwości, czym się zajmę w pociągu. Podjeżdża na czas (od pewnego czasu na kolei panuje taki bajzel, że pociągi kursują punktualnie), tak więc odczekuję, aż do środka wedrą się wszyscy ci, którzy nie widzą, iż jest niemalże pusty, wsiadam i znów otwieram netbooka.

 

„Woda wzdłuż burt szemrała coraz żywiej, blade żagle wypełniały się wiatrem, pokład pochylał się coraz bardziej. „Stjernen” rozpędzała się i choć Doggs ledwie widział nieznajomą jednostkę, miał niemalże pewność, że zyskują nad nią przewagę. Wbił wzrok w jej sylwetkę i wyobraził sobie kanonierów, uwijających się wokół odtoczonych dział, czyszczących dymiące lufy, wsuwających przybitkę, wtłaczających kule, a nad nimi midszypmenów i oficerów, skupionych, zdenerwowanych. Dobrze wyszkolona załoga przeładowywała wszystkie działa jednej burty w dwie minuty, czasem nawet szybciej. Lada chwila obcy miał znów rzygnąć ogniem…

- Sir, światła! – Samuelson wbrew wszelkiej etykiecie zacisnął dłoń na jego ramieniu. – Wali do nas jak na ćwiczeniach!

Doggs obrócił się gwałtownie, wyrwany z kilkusekundowej zadumy. Wbił wzrok w ciemność, z której zgodnie z oczekiwaniami nawigatora lada chwila miał wychynąć „Fantôme”. Wytężył wzrok aż do bólu i nagle, wbrew sobie i wszelkiej logice, nabrał podejrzeń, że ten może mieć rację.

- Nadciąga – szepnął.

I wtedy nadszedł go pomysł.

- Czy ktoś zdołał odczytać nazwę tej fregaty? – ryknął. – Co to za okręt?

- Płynie do nas burtą, sir, nic nie widać! – zawołał ktoś na rufie.

- Ja widziałem dwie pierwsze litery! „G” i „A”!

„A więc „Garland” albo „Gallant” – pomyślał nerwowo Doggs. – Dobra, trzeba ryzykować”

- Niczego nie gasić! – ryknął na marynarza, który już nachylał się nad rufową latarnią. – Panie Hackett, proszę wywiesić sygnał: „Edwardzie Jespers, byłeś i jesteś niedojdą!”

- Sir? – zawahał się Hackett.

- Już!

Rozkołysane latarnie, stosowane w Royal Navy do komunikacji nocnej, ruszyły w górę w chwili, gdy nieznajoma fregata otworzyła ogień po raz czwarty. „Stjernen” szła już z prędkością siedmiu węzłów, wyprzedzając znacznie okręt Royal Navy, przez co część pocisków wzburzyła kilwater. Inne jednakże okazały się morderczo celne. Na pokład runął kłąb splątanych lin z ciężkim blokiem, na dziobie popękały z trzaskiem wanty, w burcie ziała wyrwa w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą była furta armatnia.”

 

Po pół godzinie jestem w domu, bogatszy o kilkaset słów, w perspektywie mając śniadanie z Żoną, miłą drzemkę i ponowny maraton pisarsko-edukacyjny po południu. Żyć nie umierać.

 

XXX

 

Pytanie „skąd ty masz na to czas?” słyszę tak często, że postanowiłem na nie wreszcie odpowiedzieć publicznie. Najlepszą odpowiedzią wydają mi się słowa Arlena Balesa, bohatera „Malowanego człowieka” – nie mam czasu, więc sobie go stwarzam. Każdy dzień jest pełen całkowicie bezużytecznych momentów, które dzięki współczesnej technologii – mam na myśli laptopa czy netbooka – można znakomicie wykorzystać . Podróż środkami komunikacji miejskiej, przerwa między zajęciami, „okienko” w szkole, kilka minut ciszy przed wieczornym prysznicem – kiedy się zliczy wszystkie te chwile razem, wyjdzie dobrych parę godzin, co z kolei przelicza się na wiele tysięcy znaków. Wystarczy więc kilka tygodni funkcjonowania w ten sposób i opowiadanie, a nawet powieść sama się napisze.

Wiem, że tylko w teorii wydaje się to łatwe. Wypracowanie tego trybu życia zajmuje sporo czasu, a do tego wcale nie gwarantuje sukcesu. Wielu ludzi, gdy im o tym opowiadam, twierdzą, że nie potrafią na tak krótką chwilę „wejść” w historię. I na to jest sposób. Żeby nie mieć problemu z „wejściem” w historię, nie warto w ogóle z niej „wychodzić”. Jeśli opowieść, którą chcesz spisać, jest dla Ciebie naprawdę zajmująca, myśl o niej zawsze wtedy, kiedy nie musisz myśleć o niczym innym. W pewnym momencie zauważyć, że wraca ona sama, bez pytania. Pojawi się w kolejce w urzędzie, na przystanku autobusowym, podczas niedzielnego spaceru czy porannego szorowania zębów. A potem proces twórczy (ależ brzydkie pojęcie…) nabierze tempa.

Nie oglądam telewizji, nie gram w gry komputerowe, nie uprawiam sportu i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że dzielę swój czas między pracę, rodzinę, dom i sen. Podkreślę jednak, że słowo „praca” oznacza w moim przypadku głównie zajęcia językowe. Za wyjątkiem wakacji rzadko się zdarza, bym zasiadł do pisania w domu, gdyż tu zawsze trzeba się zająć czymś ważniejszym (lub bardziej kochanym). A mimo to książki powstają, i to szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. W ten sposób napisałem ostatnie pięć powieści i tak też piszę kolejną.

I chyba już tak mi zostanie. W święta odkryłem, że nie jestem w stanie wysiedzieć przy komputerze dłużej niż półtorej godziny. Nudzić się zaczynam jak mam za dużo czasu… J


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

O strachu

sobota, 28 stycznia 2012 14:31

Cholera, nie lubię się bać.

Marek Doskocz zapytał mnie w ostatnim wywiadzie, czy kiedykolwiek bałem się naprawdę. Przemyślałem ten temat dokładnie i doszedłem do wniosku, iż muszę – na szczęście – udzielić bardzo rozczarowującej odpowiedzi. Otóż nie. Nigdy w życiu nie naszedł mnie prrrawdziwy strach. Bywało, że się niepokoiłem, bywało, że byłem zdenerwowany, spięty bądź nawet wystraszony, ale naprawdę się bać nie miałem okazji.

W każdym razie nie tak, jak Nathaniel McCarnish w „Miasteczku Nonstead”.

Odnoszę wrażenie, iż rzadko doświadczamy prawdziwego strachu w życiu. Ba, mało kto – na szczęście! – wie, czym on tak naprawdę jest i być może dlatego strach bywa mitologizowany i demonizowany. Być może dlatego strach przyciąga jak zakazany owoc. Człowiek włączający horror na DVD czuje dreszcz emocji, gdyż wie, że za moment padnie ofiarą odczuć czystych i pierwotnych, wygenerowanych sztucznie, ale tym niemniej bardzo, bardzo prawdziwych. Taki strach kusi niczym skok na bunjee czy zjazd na nartach po stromym stoku, gdyż jest obietnicą intensywnych przeżyć.

Nic dziwnego, że wabi i kusi. Jest w końcu niegroźny. Jest oswojony i bezpieczny, da się go odpędzić włączeniem światła.

Prawdziwy strach jest inny. Nathan McCarnish podczas spotkania autorskiego w Nonstead opisał go tak:

„Lubię postrzegać strach jako odruch obronny. Podobnie jak ból, który przekazuje mózgowi informację, że coś się dzieje niedobrego z ciałem, strach mówi, że coś nie w porządku z rzeczywistością. Ostrzega nas, że pojawiło się nowe zagrożenie. Informuje, że dzieje się coś niepotrzebnego, nieprzewidzianego i o niewiadomych konsekwencjach. Rodzajów strachu jest zapewne tyle, co rodzajów bólu. Wszyscy je znamy. Narastające napięcie przed ważnym egzaminem. Szybko bijące serce na widok policjanta z drogówki. Nerwowe oczekiwanie na spóźniający się okres. Nieokreślony niepokój na widok koperty w skrzynce na listy. Telefon w środku nocy. Brak samochodu na podjeździe. (…) Sytuacje te, choć straszne, przynależą jednak do naszej rzeczywistości. Ja jednakże chciałem się skupić na pewnym szczególnym rodzaju strachu – strachu, który jest efektem zakłócenia rzeczywistości.”

Wieczorami piszę przy stole w salonie, w ciemnym pokoju, przy wyłączonych światłach. Z rzadka unoszę głowę znad komputera, głównie po to, by musnąć wzrokiem ściany w poszukiwaniu jakiegoś słowa czy synonimu. Raz mimochodem spojrzałem na okno tarasowe i zmartwiałem.

Na tarasie, tuż przy oknie, stał pies i wpatrywał się we mnie.

Nim uświadomiłem sobie, że to psisko sąsiada i przelazło przez dziurę w płocie, minęło pięć przeraźliwie długich sekund.

Innej nocy, podczas bardzo wietrznej pogody, siedziałem w pokoiku Pretendenta do Tronu i coś czytałem. Niespodziewanie z dołu dobiegł potworny, nieziemski wprost jęk, który trwał około pół minuty i ustał jak nożem cięty. I znów minęło wiele, wiele czasu, nim zrozumiałem, że puściła uszczelka w drzwiach i wiatr gra na nich jak na fujarce.

Nie, ja się do tego nie nadaję. Nie potrafię się bać i nie chcę tego robić. Należę do tych ludzi, którzy przed wyjściem nocą do ogrodu zapalą wszystkie możliwe światła, a idąc po nim wypełnią sobie profilaktycznie głowę skeczami z Monty Pythona. Za żadne skarby nie wszedłbym nocą do lasu i nigdy, absolutnie nigdy nie obejrzę po raz kolejny „Kręgu”. Niestety, długie lata grania w rpg, czytania fantastyki i wymyślania okrutnych scen do książek rozbudowało moją wyobraźnię do paraliżujących wprost rozmiarów.

Mam więc wrażenie, że „Miasteczko Nonstead” jest kumulacją moich przemyśleń w temacie strachu. Nathan, Anna i Skinner stają się ofiarami jego najbardziej wysublimowanej formy – walczą ze strachem, który wkrada się do ich życia po cichu, niemalże niedostrzegalnie i powoli odsysa ich spokój i radość z życia. Nie padają ofiarami ryczących potworów czy zombie defilujących przed domem, nie ma tu snopów światła z nieba czy krwiożerczych drzew. Bohaterowie tej książki padają ofiarami czystego przerażenia, które rozdziera ich życie prywatne na strzępy.

Bawiliśmy się takim strachem przed laty, podczas najdojrzalszego w moim życiu etapu erpegowania. Nigdy nie zapomnę sesji prowadzonych przez Michała Sołtysiaka czy Michała Kubiaka, w trakcie których snuliśmy się po sennych miasteczkach Nowej Anglii i rozgryzaliśmy ich mroczne tajemnice. Nigdy nie zapomnę zwłaszcza jednej z nich, która miała miejsce w deszczową listopadową noc. Byłem wówczas chyba przeziębiony i przez cały czas wstrząsały mną dreszcze, za oknem tańczyło targane wiatrem drzewo, a ja słuchałem i… Bałem się.

Przywołałem ten sam strach na wiosnę tego roku, gdy zacząłem pisać „Miasteczko”. Zacząłem wspominać, wymyślać i tworzyć, a postacie trójki bohaterów ożyły w mojej głowie. Niebawem byłem już tą historią owładnięty do tego stopnia, że powracała do mnie automatycznie w każdej wolnej chwili, kiedy to umysł nie był zajęty niczym innym, jak choćby podczas odkurzania podłóg czy jazdy samochodem. Oczywiście powracała również podczas nocnych powrotów do domu i wtedy chyba najszybciej nabierała kształtów. Piętnaście minut spaceru pustą drogą wśród uśpionych domów, gaików, stawów i wreszcie pól, w absolutnej ciszy i nierzadko w poświacie księżyca działał bardzo stymulująco na rozwój fabuły. Czasami aż za bardzo. Któregoś wieczoru zapędziłem się w rozmyślaniach i wyobraziłem sobie kota, który pędzi prosto na mnie, przerażony do granic. Banalny obraz, ale są chwile, kiedy człowiek nie powinien zadawać sobie pytania CO owego kota tak przeraziło. Samotny spacer wśród ciemnych pól zdecydowanie się do nich zalicza.

Pamiętam, że postanowiłem wówczas zadzwonić do kumpla. Tak po prostu, pogadać. Yeah, right.

Nawiasem mówiąc, skoro już użyłem słowa „banał”… Chyba trochę współczuję ludziom, którzy oglądają lub czytają horrory z nastawieniem: „mnie to nie rusza”. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że coś jest nie tak z ich wyobraźnią.

I tak oto powstawało „Miasteczko Nonstead”, pierwsza i chyba jedyna próba zmierzenia się ze Strachem. Mam nadzieję, że każdy z Was, który sięgnie po tę książkę, poczuje choć cząstkę emocji, które usiłowałem w nią wpakować. Jeśli mi się udało, napiszcie. Będę zaszczycony.

Cholera, właśnie sobie uprzytomniłem, że zostawiłem coś w samochodzie. Jest po 23, a ja muszę wyjść z domu. No po prostu super J.

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (26) | dodaj komentarz

poniedziałek, 26 września 2016

Licznik odwiedzin:  26 548  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O moim bloogu

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z pas...

więcej...

Blog autorski Marcina Mortki, w którym trochę opowiada o książkach, trochę z nich żartuje, trochę wspomina, trochę niucha i węszy, okazjonalnie nabija się i chichocze, incydentalnie bucha ogniem z paszczy, a czasami to nawet marudzi. Ale tylko czasami.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 26548
Wpisy
  • liczba: 24
  • komentarze: 186
Galerie
  • liczba zdjęć: 36
  • komentarze: 12

Lubię to